Dziś po południu stała się rzecz doprawdy niespodziewana - Waldemar Pawlak zrobił coś, co wprawiło mnie w zdumienie. Mianowicie: ogłaszając swoją bynajmniej nie zaskakującą decyzję o nieudzieleniu oficjalnego poparcia żadnemu z panów K., postanowił jeszcze raz przypomnieć credo swej niedoszłej prezydentury. Czyli - wiadomo - dialog, porozumienie, wzajemne poszanowanie i... Dalszą wyliczankę sobie daruję, bo tej umiłowanej w ostatnich miesiącach przez polityków mantry nie słyszano chyba tylko wśród głucho-niemo-ślepych.
I prawił o tym wicepremier Pawlak z wielkim żalem w głosie, jakby - mimo swej chłopskiej przenikliwości - nie mógł zrozumieć, dlaczego gawiedź nie połasiła się na te wszystkie atrakcje i nie dała mu przez pięć lat podoglądać żyrandoli (a przy okazji dopilnować różnych KRUS-ów, dopłat do rolnictwa i tym podobnych wynalazków).
Tymczasem prawda jest dla Pawlaka i jego partii smutna - otóż, jak pisałem, tzw. politykę miłości chcieli w tej kampanii uprawiać wszyscy za wyjątkiem Janusza Korwin-Mikkego i jeszcze kilku innych Don Kichotów, którzy nawet jakby kogoś "pokochali", to ich i tak nie "pokochałby" nikt. Nawet Jarosław Kaczyński, dotychczas bezkompromisowy antykomunista brany przez wielu za postać rodem z "Księcia" Machiavellego, jął publicznie opowiadać, jak to prezydent Rzplitej ma moderować publiczną debatę i inicjować dialog z poszanowaniem... No właśnie - wiadomo, o co chodzi.
Ja zaś w całej tej efekciarskiej paplaninie dostrzegam jedno: ów osławiony piórem ks. Józefa Tischnera wirus homo sovieticus. Dominująca w tegorocznych wyborach retoryka pozwala bezbłędnie zrozumieć, że mordercza ta zaraza w żadnym razie nie umarła. Nie jest nawet jak Camusowska "Dżuma" - ona nie zasypia, jest w świetnej formie i wciąż skutecznie pustoszy umysły.
Wzorcowy bowiem homo sovieticus charakteryzuje się m.in. tym, że oczekuje od polityków zgody. Wychowany w grabieżczym, autorytarnym systemie, w miejsce wolnej konkurencji wprowadzającym bezkonkurencyjny centralizm polityczny, nijak nie potrafi pojąć, że normalna - tj. uczciwa, efektywna, demokratyczna - polityka jest dziedziną permanentnego sporu. Że jeśli - jak lubią utyskiwać homo sovieticusy - "ci politycy znów się kłócą", to właśnie dlatego, iż reprezentują konkretne interesy i konkretne programy (bądź tylko udają, że cokolwiek reprezentują, wszakże wówczas tym bardziej należy się z nimi spierać, by ich nędzę wszem i wobec obnażyć).
Popularność frazeologii ulepionej na modłę hasła wyborczego kandydata Platformy pokazuje dobitnie, że Polacy nadal nie dorośli do życia w demokracji. Trzy czołowe miejsca w wyborach (i 90% wszystkich głosów) zdobyli pretendenci głoszący idee lokujące ich gdzieś pomiędzy Robespierre'm czy Stalinem (antyfrakcjonizm) a późnym Gomułką (Naród z Partią, Partia z narodem, sojusz robotniczo-chłopski etc.). Nie sugeruję rzecz jasna, jakoby polscy politycy w ogólności równali do w/w postaci. Twierdzę jedynie, że łączy ich z nimi jedno - żerowanie na ludzkich tęsknotach za zgoła metafizyczną jednością. Jednością ludzi z ludźmi, ludzi ze światem i, nade wszystko, każdego człowieka z nim samym. Słowem - za rajem utraconym.
W ten to sposób, ożywiając nieśmiertelnego ducha religii i totalitaryzmu, zabija się w Polsce demokrację. Nad populistycznym programem można jeszcze bowiem dyskutować, piętnować jego wady. Co zaś robić z populistycznym brakiem programu, programową bezideowością i jednością grzebiącą wszelkie merytoryczne podziały?
Wirus homo sovieticus - komunistyczny i postkomunistyczny wariant tego wielkiego snu o jedności - jest wirusem śmiercionośnym. Zabija przez zidiocenie.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)