Mam to do siebie, że nie podpisuję listów poparcia, potępienia, nie sygnuję odezw wzywających do stadnych zachowań. Na odległość kija trzymam się od partyjnych młodzieżówek, bo wiem doskonale, że większość z nich to tylko trampoliny do szeroko pojętych szczebli kariery (kto uważa że jest inaczej, niech zrobi sobie wieczorek z programem „Młodzież kontra”). Drażnią mnie rzekomo spontaniczne akcje, organizowane przez rzekomo niezależne środowiska. Akcje, które najczęściej są realizowaniem odgórnych „przekazów”, zleconych przez „bardziej doświadczonych” uczestników debaty publicznej.
Przykładów na takie „eventy” mamy w ostatnim czasie pod dostatkiem, także w Krakowie.
Dlatego też wielu ludzi którzy mnie znają, nie kryje zaskoczenia faktem, że znalazłem się w gronie członków założycieli Stowarzyszenia „Studenci dla Rzeczpospolitej”, które w tym tygodniu zawiązało się w Krakowie. Od powołania Stowarzyszenia mija już kilka dni, więc czas chyba na pierwsze wnioski i przemyślenia. Czas na uzasadnienie. Czas na pierwsze komentarze.
Grup takie jak nasza, prężnie działających stowarzyszeń, jest w Polsce sporo. Zajmują się najróżniejszymi rzeczami; od organizowania wyjazdów akademickich, po załatwianie subwencji na obiady dla biedniejszych żaków, o czym ktoś już tutaj wspomniał. Wszystkie są potrzebne.
Nam chodzi jednak o coś troszkę innego.
Uważam, że to Studenci są dla Rzeczpospolitej, a nie odwrotnie. Że z racji tego, gdzie jesteśmy i co robimy, ciążą na nas pewne obowiązki – zbytni patos nie jest tu potrzebny. Niestety nie jest to powszechnie panująca tendencja. Rezygnacja z uczestnictwa w życiu publicznym, traktowanie go jako przymus lub niemiły obowiązek, jest chorobą mojego pokolenia. Oczywiście nie powiem, że mam na nią gotową receptę. Ale po to by jej poszukać zebraliśmy się w ubiegły poniedziałek.
Nieocenionemu Mr Offowi, który ostudził już niejedną głowę w Salonie, i któremu błyskawicznie skojarzyliśmy się z IV RP, spieszę przyznać część racji. Część, bo przecież zgadzamy się obaj, że nie taki diabeł straszny..
W moim ostatnim tekście opublikowanym na Salonie, pisałem o rzeczach bardzo ważnych. Pisałem o przysłowiowym drucie i sznurku, którym na przysłowiowe „słowo honoru”poskręcane jest nasze Państwo. I ja, i moi koledzy ze Stowarzyszenia, i zapewne salonowi krytycy, jak wspomniany wyżej, offowy mistrz ciętej riposty, zgadzamy się, że przebudowy wymaga przynajmniej część elementów konstrukcji, którą umownie nazywamy „III RP”.
Nie mówię, że mam plan jak to zrobić. Nie mówię, że zrobimy to natychmiast. Nie mówię, że chcemy budować idealną IV RP. Chcemy skupić ludzi (mam nadzieję, że jest takich sporo) którzy chcą mieć realny wpływ. Chcemy słuchać, przyglądać się, obserwować. Zadawać pytania i wspólnie szukać odpowiedzi.
Lampedusa pisał, że „musi zmienić się wszystko, by nie zmieniło się nic”. Można wymieniać i przerzucać się przykładami na takie właśnie, nietrafione działania. Ustawy, inicjatywy i projekty, które sprawiły, że wspomniany przeze mnie sznurek się przeciera, a drut kończy. Można toczyć po raz kolejny kawiarniane spory, i nic nie dające dyskusje akademickie. Można, tylko po co?
Koniec końców, można łatwo wyśmiać grupę 15 młodych osób, które chcą poświęcić swój czas na zorganizowanie ruchu, który w ich idealnym planie może przysłużyć się Polsce. Można, tylko dlaczego?
Drodzy salonowicze. Wszystkie komentarze są wartościowe. Za każdym stoi człowiek, który przeczytał to, co mamy do przekazania, i zastanowił się choć przez chwilę. Możemy się z tym nie zgadzać, chcemy dyskutować. Warto rozmawiać, że zacytuję klasyka.
W swoim imieniu (a wierzę, że zgodzi się ze mną reszta członków Stowarzyszenia) zapraszam więc do wspólnej dyskusji. Wierzę, że Studenci dla Rzeczpospolitej staną się w niedługim czasie organizacją, która będzie w sposób realny mówić o sprawach które dotyczą młodych ludzi, działać w ich imieniu.
Stowarzyszenie na start!
Wojciech Mucha.



Komentarze
Pokaż komentarze