Są takie wydarzenia, fakty w życiu człowieka, które u swego zarania wydają się banalne i mało znaczące, jednak z czasem ich waga wzrasta tak, że to wokół nich zaczynają krążyć ludzkie myśli i czyny, to im zaczynamy poświęcać coraz więcej i więcej czasu.
Tak było w przypadku pana Jarosława z Lęborka, który zdecydował się postawić na swojej działce garaż (zainteresowanych odsyłam do artykułu na stronie „Głosu Pomorza”: gp24.pl). Przez kilka miesięcy kompletował niezbędne dokumenty, opłacił także architekta. Terenu ma niewiele, żeby zmieścić się na swojej małej posesji i mieć możliwość wjazdu samochodem musiał przesunąć stojącą opodal szopę bliżej granicy działki. Będąc dobrym sąsiadem i uczciwym obywatelem, najpierw zapytał o zgodę właścicieli sąsiednich posesji, a potem udał się do urzędów załatwiać formalności. Sąsiedzi nie mieli nic przeciwko, podobnie było w Magistracie: „Gdy rozpoczynaliśmy pierwsze formalności w Urzędzie Miasta Lęborka sprawa wydawała się łatwa i prosta” — mówi dziennikarzowi „Głosu Pomorza” pan Jarosław. No właśnie, „wydawała się” jest tu stwierdzeniem kluczowym. Złudzenia co do tego rozwiały się gdzieś między biurkami Starostwa Powiatowego. Tam pan Jarosław dowiedział się, że garaż obok szopy na jego posesji w Lęborku interesuje samego… Ministra Infrastruktury w Warszawie, od którego to bezpośrednio zależy zgoda na budowę.
I tak, w dalekiej stolicy minister w otoczeniu świty urzędniczej pochylili się w skupieniu nad Sprawą. Podumali, podumali i stwierdzili, że jednak samochód pana Jarka będzie parkowany pod gołym niebem… Jak napisano w uzasadnieniu, odstępstwo od przepisu może nastąpić tylko w wyjątkowych sytuacjach. Nie trzeba chyba wspominać, że od decyzji pana Ministra nie przysługuje odwołanie.
W kraju, gdzie obywatel jest postrzegany przez władzę jako przeciwnik lub w najlepszym razie upierdliwy petent, każdy przepis ma swoją drogę na skróty, zapis mu bliski a przeciwstawny, coś jak awers i rewers monety, jak Yin i Yang, jak bracia Kurscy, jak Obi-wan Kenobi i Lord Vader. Posypały się więc rady internautów jak lęborski Dawid może wygrać z ministerialnym Goliatem: postawić blaszak bez fundamentów, jeśli garaż już stoi to wyjąć drzwi i udawać, że to wiata, zabawić się w Drzymałę i postawić budynek na kółkach, etc. Przeważały oczywiście rady postulujące zejście do „konspiracji” i postawienie całości z pominięciem urzędowych papierków (jak sąsiedzi nie doniosą to pies z kulawą nogą się nie zainteresuje), a także opcja mieszana, zgrabnie łącząca obie powyższe — czyli udać się do stosownej pani Krysi czy Zdzisi ze stosownie pękatą kopertą i byłoby po sprawie.
Mnie najbardziej zdziwiło to, nad czym dziennikarz piszący artykuł, większość czytelników i chyba sam pan Jarosław (o ministrze nie wspominając) przeszli do porządku dziennego — po co, do ciężkiej nędzy, garażem jakiegoś człowieka w czterdziestotysięcznym mieście na Pomorzu zajmuje się Minister RP?! Co robią zatem ci wszyscy urzędnicy siorbiący kawę i przekładający papiery każdego dnia, jak Polska długa i szeroka???
Problem leży chyba u podstaw całej struktury, urzędnik niby działa w granicach prawa, ale gdy przychodzi do konkretów decyzję wydaje uznaniowo, a to daje pole do nadużyć. Odpowiadający za daną działkę pracownik (gminy, powiatu, etc.) powinien dysponować konkretnymi wytycznymi co jest zgodne z przepisami (i wtedy jego psim obowiązkiem jest przybić stempel i wydać zezwolenie), czy też nie (a wtedy instytucją odwoławczą niech nie będzie kolejny, wyższy w hierarchii urzędnik, ale po prostu sąd). Tutaj dochodzi kolejna kwestia — przejrzystości i logiki prawa i jego przepisów, a o to trudno, o czym wie każdy, kto próbował w Polsce np.: prowadzić firmę lub budować dom.
Pozostaje więc dobrze żyć z sąsiadami (żeby nie donieśli o budowie) lub posiadać know- how, żeby móc z odpowiednią kopertą trafić do odpowiedniego biurka.
Na koniec oddaję głos poecie:
Zima z wypisów szkolnych
Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
Módl się, dziecino, z całą krainą —
Niech Bóg mu siły doda;
Śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
Dobry pan wojewoda.
A któż na szybach maluje kwiaty,
Czy mróz, czy mróz dziecino?
Nie, to rączuchną dla Ciebie, żabuchno,
Starosta ze starościną;
Srebrzyste prążki, listki, gałązki
Dla ciebie, dziwna dziecino.
A któż te śliczne zawiesił sople
Za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
Swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
Podkierownicy, nadasystenci,
Nocą nie spali, hurra! wołali,
Sople poprzyklejali.
Hej, tam w Warszawie jest pan minister
Siwy i taki miły,
Przez okno rzuca spojrzenia bystre,
Bo chce, by dla ciebie były
Zimą sopelki, śniegi i lody:
Wszystko zimowe wygody.
Jeżeli tedy sanki usłyszysz
I dzwonki ich tajemnicze,
Wiedz: to minister w skupionej ciszy
Nacisnął taki guziczek,
Że gwiazdki dzwonią i gwiazdki lśnią
Nad miastem i nad wsią.
Konstant Ildefons Gałczyński
1936


Komentarze
Pokaż komentarze (3)