Studiując już jakiś czas temu, na jednym z polskich uniwersytetów, gdzieś na III roku miałem okazję zetknąć się z panem T. po raz pierwszy. Prowadził on zajęcia z jednego z ważniejszych przedmiotów na studiach, wiadomości wyniesione z tych wykładów były praktycznie niezbędne w późniejszym toku nauki (celowo pomijam nazwisko i nazwę przedmiotu, nie są tutaj niezbędne, chodzi o sam mechanizm).
Prowadzący był arcysympatycznym adiunktem, o ujmującym sposobie bycia i ciepłym uśmiechu. Z nikim nie szukał zwady, wydawało się, że jego głównym celem jest być lubianym przez każdego. Był tylko jeden problem – facet generalnie, od początku i po całej linii olewał zajęcia. Najpierw, przez pierwszy miesiąc w ogóle na nie przychodził, potem (po upomnieniu od kierownika katedry) zaczął się zjawiać, ale był zawsze spóźniony i zawsze nieprzygotowany. Gdy już, jakimś trafem znalazł się we właściwym czasie i miejscu, jego wykład był luźnym zbiorem haseł okraszonych wątpliwej jakości żarcikami, jednym słowem czymś skrajnie dalekim od czegokolwiek co możnaby nazwać programem nauczania, czy spójną wypowiedzią.
Generalnie nie wykładał, nie uczył, zbliżał się koniec semestru, a z nim sesja i egzamin. Kiedy jedna z wykładowczyń dowiedziała się jak daleko w lesie jesteśmy z materiałem, ze zdziwienia z jej ust wypadło cichutkie, acz soczyste „o k…a!”.
Niestety, o ile pan doktor na prowadzenie zajęć kładł przysłowiową lachę, to powagi egzaminu nie odpuszczał ani trochę. Jednym słowem sytuacja robiła się poważna, a jako, że brać studencka znana jest z pomysłowości, tak i tym razem szukaliśmy rozwiązania tej sytuacji. I znaleźliśmy. Pan doktor miał bowiem trzech synów, z czego najmłodszy z nich pozostawał w beznadziejnym (bo nieodwzajemnionym) zauroczeniu do jednej z jego licealnych koleżanek (a obecnie studentki na naszym roku). I tę słabość w obozie przeciwnika postanowiliśmy bezwzględnie wykorzystać.
Koleżanka, niby przypadkowo, odświeżyła znajomość z kolegą ze szkoły, dała się także zaprosić do jego domu na herbatę podczas nieobecności rodziców. Korzystając z chwili nieuwagi zabujanego w niej chłopaka wkradła się do gabinetu naszego wykładowcy i jęła przepatrywać biurko w poszukiwaniu pytań na nasz egzamin (zostało do niego ledwie kilka dni). Tym razem szczęście zdawało się dopisywać – trafiła na teczkę z napisem III rok, egzamin, sesja zimowa, uniwersytet taki a taki. Co chwilę spoglądając w kierunku niedomkniętych drzwi, otworzyła teczkę…
W środku nie było nic. Absolutne nic, nul, zero. Misja zakończyła się porażką, koleżanka jakoś wykpiła się od niechcianego (i w tym momencie niepotrzebnego już) adoratora i opuściła mieszkanie. Koniec, końców szliśmy więc na egzamin nieprzygotowani, ze świadomością, iż wszystko może się zdarzyć… I tak też było w istocie ‒ facet spóźnił się na egzamin bagatela 8 godzin (sic!), a potem pytał o rzeczy, których nie tylko nie było na wykładzie, ale które ledwie ocierały się o tematykę zajęć. Ocena była kwestią loterii, w końcu jednak (po drugim, trzecim, a nieraz i czwartym terminie) wszyscy zdali.
Dlaczego to wszystko wspominam? A czy postać dra T. nikogo Państwu nie przypomina? Bo ja, gdy słyszę o kolejnych pijarowskich trikach, uśmieszkach i unikach miłościwie nam rządzącego premiera Tuska, nieodmiennie porównuję go z tym wykładowcą z moich studenckich lat. Myślę, że gdyby ktoś, podobnie jak wspomniana studentka, zabrnął wystarczająco głęboko w odmęty gmachów ministerialnych, ominął rafy asystentów i zastępców zaludnianych przez nieprzeliczone zastępy biurw, gdyby odnalazł właściwą szufladę, a w niej teczki opatrzone napisami „Projekt ustawy…”, też odkryłby, że to wszystko jedna wielka ściema, że nie ma planu „B” z tego prostego powodu, że nigdy nie było nawet planu „A”. Po prostu absolutnie wszystko robione jest w sposób doraźny, obliczony na chwilowy zysk sondażowo-partyjny, bez cienia myśli o przyszłości, o takich niedzisiejszych kwestiach jak racja stanu nawet nie wspominając. W sytuacji, gdzie za sukces poczytuje się dalsze robienie wyborców w bambuko, nie ma co liczyć na cokolwiek pozytywnego. Procesy i wydarzenia dobre dla kraju i Narodu mają miejsce pomimo działań rządu, a nie dzięki nim.
Niestety, nie będzie dobrego zakończenia ‒ rzeczony doktor kończy właśnie habilitację i pomimo, iż każdy w Katedrze wie o jego podejściu, to jest on na najlepszej i chyba niczym nie zagrożonej drodze do zostania profesorem… A nasz obecny premier ma przed sobą sporo czasu do następnych wyborów i medialnego nadrobienia chwilowej wizerunkowej zadyszki. Jakkolwiek nie rozłożą się sympatie wyborców, to jestem właściwie pewien, że również kolejny rząd będzie co najmniej współtworzony przez PO. W końcu, tak jak studenci, tak i PO też będzie miała pewnie co najmniej dwa, trzy podejścia…


Komentarze
Pokaż komentarze