Urzędnicy Biura Rady Miasta Warszawy łamią zasadę poufności korespondencji. Jeden z dziennikarzy RMF FM odkrył, że tamtejsi pracownicy mają zwyczaj otwierać wszystkie listy przychodzące do radnych zanim trafią one do rąk adresata!
Ową, nazwijmy to „ciekawość” uzasadniają oni przepisami prawa, które to mają „zobowiązywać” urzędnika do czytania listów: „dopisek do rąk własnych nie ma tutaj żadnego zastosowania” – uważa rzecznik prasowy Rady Miasta Sławomir Paszkiet ‒ „to są przepisy i nie ma tu żadnego innego zastosowania”.
Przeciwnego niż pan rzecznik zdania jest konstytucjonalista profesor Marek Chmaj, który jasno stwierdził, iż to urzędnicy łamią prawo niewłaściwie interpretując rozporządzenie ministra: „Pismo można przeczytać, jeżeli istnieje możliwość otwarcia koperty. - Jeśli list jest adresowany do radnego i w dodatku jest tam dopisek ‒ do rąk własnych ‒ zgodnie z prawem możliwości otwarcia takiej koperty nie ma”.
Jeśli ta sprawa nabierze rozgłosu, to pewnie strumień lektur na biurkach urzędniczych szybko wyschnie. Tylko co wtedy?! Jak tu ma się rozwijać czytelnictwo w stolicy? Jak urzędniczyna warszawski ma trzymać rękę na pulsie ważkich problemów społecznych jeśli nie przez lekturę cudzego listu? W końcu taki radny (szczególnie z opozycji) może dostawać informacje o różnych nieprawidłowościach w mieście lub nawet (o zgrozo!) w tamtejszych urzędach. Któż jednak, jeśli nie opłacany z naszych podatków etatowy pracownik będzie w stanie w takiej sytuacji odpowiednio „interweniować”???
Na całe szczęście Warszawa to awangarda Polski „A” – ludzie z nowoczesnymi technologiami obeznani nie od dziś, więc bez problemu będzie można zostawić tradycyjną pocztę i skupić się na Internecie i komórkach.


Komentarze
Pokaż komentarze