Napiszę za to o czym innym. Koncepcję zagrożeń duchowych uważam za wybitnie szkodliwą. Zagożenia owe są najczęściej definiowane mniej więcej tak: Zagrożenia duchowe są to przejawy działania złych duchów w świecie, które powodują, że człowiek oddala się od Boga, a ukierunkowuje w stronę zła, otwiera się na działanie złych duchów, i naraża na konsekwencje swoich czynów, z których najgorszą jest opętanie. Uważam, że wiara w istnienie takich zagrożeń, zważywszy, że są one pojmowane deterministycznie ("powodują, że człowiek oddala się od Boga", a nie "mogą powodować"), jest poważną przeszkodą w rozwoju duchowym chrześcijan w ogólności, a katolików w szczególności. Zagrożeniowiec bowiem skupia się na szukaniu gdzie tylko się da szatana, a nie Boga. Duchowość zagrożeniowa skupia się na szatanie, którego zwalcza, a nie na Bogu. A naszym zadaniem za ziemi jest wielbienie Boga, a nie zwalczanie szatana.
Teraz będzie wątek osobisty. Z koncepcją zagrożeń duchowych zetknąłem się po raz pierwszy w Krakowie, w ostatnich dniach roku 1994, w czasie rekolekcji dla młodzieżowych duszpasterstw dominikańskich. Jednego wieczora konferencję wygłaszał przybyły bodaj z Poznania ojciec Paweł, który poświęcił ją tematyce zagrożeń duchowych. Zaliczył do nich jogę, sztuki walki, bioenergoterapię, niechrześcijańskie metody medytacji i książki o. Anthonego de Mello SJ. Ja byłem wtedy zdeklarowanym demellitą, więc wywody zagrożeniowca na szczęście spłynęły po mnie jak syrop po aksamicie. A o owym zagrożniowcu, jak już zapewne czytelnicy się domyślili, obecnie pisze się zazwyczaj "były dominikanin Paweł M."
Nie będę stawiał śmiałej tezy, że duchowość zagrożeniowa koreluje dodatnio z przemocowością seksualną, ale liczyć się z taką ewentualnością wiedźmin powinien.



Komentarze
Pokaż komentarze