4 obserwujących
107 notek
68k odsłon
1164 odsłony

Najazd LBGTQ - czyja wojna? Polemika z Waldemarem Żyszkiewiczem.

Wykop Skomentuj82

W swej wczorajszej nocie, mój Szanowny Kolega Pan Waldemar Żyszkiewicz poddał srogiej krytyce rząd za brak zdecydowanych działań przeciw zalewowi agresywnej ideologii LGBTQ. Oskarżył rząd o to, iż w starciu z tą barbarzyńską nawałą, siedzi okrakiem na barykadzie i przyjmuje rolę arbitra, zamiast podejmować walkę. Ja zaś, w swym komentarzu wskazałem, iż krytyka Pana Żyszkiewicza jest przesadna, gdyż dobrze przez niego zdefiniowana groźba, jaka niesie ideologia LGBTQ, nie jest wyłącznie problemem rządu, ani nawet przede wszystkim rządu, tylko naszym. Tych Polaków, którzy przynależą i chcą przynależeć do łacińskiej, chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu. Spór idzie więc o to, jaką rolę winien pełnić rząd, a jaką my, obywatele. To nie tylko spór o skuteczność, choć to na wojnie rzecz podstawowa, ale również o naturalną w demokratycznym reżimie linię demarkacyjną, która ma wyznaczać kompetencje i obowiązki rządu.

Ma rację Pan Żyszkiewicz gdy wskazuje i krytykuje, że rząd do tej pory nie wypowiedział konwencji stambulskiej. To jest kompetencja i odpowiedzialność rządu. Tak jak jest oczywistością, iż za porządek prawny odpowiada rząd. Tu nie ma żadnego sporu. Moja łyżka dziegciu w tej sprawie polega jedynie na tym, że jako obywatele nie podjęliśmy praktycznie żadnych działań, gdy rząd PO-PSL tę konwencję ratyfikował w Sejmie. A to już, moim zdaniem, był nasz, obywatelski obowiązek.

W komentarzu do moich uwag,  szanowny Kolega skrytykował rząd za:  "2) dopuszczanie do działań z góry obliczonych na czystą, antykatolicką prowokację." I tu zaczyna się prawdziwa kość niezgody.  Każdy rząd musi działać w granicy prawa. Wolność gromadzeń i wolność słowa są prawami podstawowymi. Trudno mi sobie wyobrazić jak rząd miałby zapobiec tzw. marszom równości i dowieść w sądzie, że są z góry obliczone na antykatolicka propagandę. To nie jest wykonalne i stawianie tego zarzutu, uważam za nieuprawnione. Co więcej, w takich właśnie wypadkach rolę do odegrania mamy my, obywatele. Możemy przecież zorganizować własny marsz i "przykryć czapkami" grupę rozwydrzonych barbarzyńców. I nikt nam tego nie zabroni. Ale tego nie robimy.

Walka z najazdem LGBTQ toczy się co najmniej na dwóch frontach. Pierwszy to porządek prawny. Drugi to walka o rząd dusz. Na froncie prawnym odpowiedzialność ponosi rząd. W walce o dusze, nikt nas nie zastąpi. Ani nas - obywateli, ani nas - chrześcijan. Mamy przeciw sobie dobrze zorganizowaną, sfinansowaną i zideologizowaną hordę barbarzyńców. Więc my też musimy się zorganizować i sfinansować, by stawić im czoła. Jest nas niepomiernie więcej, ale bez wspólnego działania możemy ulec. Urzędnicy rządowi nie wygrają za nas walki o dusze Polaków, gdyż działania administracyjne nie są w niej ani skuteczne ani właściwe. 

Mój szanowny polemista pisze dalej: "Sama Karta Trzaskowskiego powinna być poddana wnikliwemu badaniu, jako próba dyskryminacji firm non-LGBTQ."  Zgoda. Można podjąć taką próbę. Może podjąć ją prokuratura, ale moim zdaniem, byłoby dużo lepiej gdy przygotowanie pozwu w tej sprawie podjęłoby stowarzyszenie cywilne. A jeszcze lepiej gdyby działania Trzaskowskiego spowodowały  lawinę protestów - od pozwów cywilnych po referendum w celu odwołania go z urzędu. Konflikt prawny na osi Ratusz Warszawy - Rząd RP, byłby łatwo przedstawiany jako polityczny spór o władzę, a nie spór o wartości, czym w istocie jest. A taki spór, lepiej by prowadzili obywatele - mieszkańcy Warszawy.

Tak więc w wojnie z najazdem LGBTQ musi prowadzić rząd, ale przede wszystkim, moim zdaniem, tę wojnę obronną musimy prowadzić też my - europejscy chrześcijanie.


Wykop Skomentuj82
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo