Pochodzę z miasta N w centralnej Polsce. Tu się urodziłem i tu statystycznie za 21 lat umrę i zostanę pochowany na cmentarzu komunalnym. Intensywność mojej pracy zawodowej podlega okresowym wahaniom, toteż aby wyciszyć towarzyszkę życia - utyskującą na moje nieróbstwo - postanowiłem zaangażować się w działalność społeczną. Interesuje mnie głównie gonienie króliczka oraz możliwość przeprowadzenia pewnej formy badań terenowych w świecie lokalnej polityki (nie mam jakiejś wielkiej potrzeby powiększania majątku) więc a priori odrzuciłem udział w podlizywaniu się do lokalnych działaczy wiodących partii politycznych - co mogłoby skutkować intratną posadą.
Zgłosiłem się zatem do lokalnych struktur pewnego stowarzyszenia z propozycją udzielenia wsparcia w działaniach wyborczych. Po krótkiej rozmowie z przewodniczącym okręgu tegoż stowarzyszenia ze zdziwieniem dowiedziałem się, że ładnie bym się komponował na listach wyborczych. Zadziwiło mnie to. Nie żebym się zmartwił, ale powód daje dużo do myślenia. Sympatyczny działacz stowarzyszenia wyjaśnił powody braków kadrowych:
Otóż ludzie zatrudnieni w urzędach i spółkach państwowych boją się zapisywać na kandydatów do Rady Miasta ze stowarzyszenia bo się obawiają mściwych długich noży PiS-u. Jeszcze więcej ludzi zatrudnionych w dla odmiany w instytucjach podległych Prezydentowi Miasta (szkoły, wodociągi, urzędy etc..) boją się kandydować bo się zemści na nich Platforma Obywatelska.
W następnym odcinku (o ile będzie zainteresowanie wspomnieniami) opiszę jak zebrałem 250 podpisów na listach poparcia..
Pytanie na dziś..."czy u Was ludzie boją się startować do samorządów?"


Komentarze
Pokaż komentarze