91 obserwujących
351 notek
595k odsłon
1406 odsłon

W łapach „Ludowej” – ZSP (Cz. III)

Wykop Skomentuj22

imageZrzeszenie Studentów Polskich było, jak na warunki PRL, dość nietypowym środowiskiem. Wprawdzie tak jak wszystkie organizacje młodzieżowe znajdowało się pod kontrolą PZPR, jednak sporo działaczy Zrzeszenia było ludźmi odnoszącymi się z dystansem do tzw. pryncypiów ustrojowych. Było też w ZSP wielu pragmatyków przedkładających konkrety nad propagandowe „bicie piany” i sporo osób zwyczajnie obojętnych na sprawy polityczne. W rezultacie Zrzeszenie spełniało rolę nie tyle młodzieżowej organizacji politycznej, ile swoistego związku zawodowego studentów. Zajmowało się zresztą nauką (koła naukowe), kulturą i turystyką studencką, sprawami bytowymi – akademiki, stołówki, etc. Rodzaj działalności ZSP premiował ludzi z pasją społecznikowską i wymuszał pewien profesjonalizm – aby zorganizować spektakl teatralny, sesję naukową, wycieczkę czy rajd studencki trzeba było wiedzieć jak to zrobić. Nie mogły wystarczać propagandowe slogany wygłaszane na zebraniach.

imageZ przyszłą żoną na rajdzie studenckim w Sudetach.

Do marca 1968 r. w Zrzeszeniu na tzw. dołach w zasadzie nie było polityki rozumianej jako propagandowa indoktrynacja jego członków. Później pojawili się zastępcy przewodniczących rad różnych szczebli ds. politycznych, ale ich rola nie była zbyt wielka, a działalność w gruncie rzeczy fikcyjna. W ZSP nie przywiązywano nadmiernej wagi do czystości politycznej działaczy niższych szczebli, więc i dla mnie, mimo awantury w SD, znalazło się miejsce. Zostałem przewodniczącym rady mieszkańców akademika i tam zacząłem robić porządki.

Dom Studencki „Ul” na ul. Komuny Paryskiej we Wrocławiu był akademikiem studentów prawa. Mimo tego uchodził za miejsce bezprawia, gdzie wszystko było wolno. Znajdowała się w nim świetlica, miejsce ponure i ciemne, gdzie w soboty organizowano potańcówki. Uczęszczali na nie amatorzy taniego wina, dziewczyny „lżejszych” obyczajów i ciągle miały miejsce burdy. Sam akademik od lat nie widział malarzy czy hydraulików. Wyposażenie i meble były zdezelowane. I co mnie najbardziej zaskoczyło – w domu studenckim nie było pokoju do nauki. Kiedy pierwszy raz wszedłem do środka na wewnętrznych schodach powitała mnie lecąca z góry szafa zrzucona przez jakiegoś dowcipnisia. Na moich oczach nieszczęsny mebel rozpadł się w kawałki. Mieszkańcy akademika mieli też inne jeszcze rozrywki. Np. napełniali wodą plastikowe pokrowce po ubraniach i taką bombę wodną zrzucali z ostatniego piętra na chodnik strasząc i oblewając przypadkowych przechodniów. Nic więc dziwnego, że „Ul” nie cieszył się dobrą opinią, a przechodnie omijali akademik drugą imagestroną ulicy. Wreszcie skończyła się cierpliwość dziekana wydziału prawa. Prof. Jan Kosik wezwał studentów - mieszkańców akademika do siebie i powiedział nam w ostrych słowach co myśli. Kazał się wytłumaczyć przewodniczącemu Rady Mieszkańców. I wtedy okazało się, że „Ul” nie ma przewodniczącego i nie ma rady. Członkowie ostatniej RM skończyli studia, opuścili akademik, a nową radę po prostu zapomniano wybrać. Wśród wypowiadających się i ja zabrałem głos. Powiedziałem, że przecież można tę sytuację naprawić. Trzeba tylko uporządkować sprawy akademika, wprowadzić trochę dyscypliny, zrobić remont, i ... w ten sposób zostałem „komisarycznym” przewodniczącym RM DS. „Ul”.

Następnego dnia powołaliśmy nową Radę Mieszkańców. Obok tego przy pomocy skomplikowanych zabiegów doprowadziłem do zwolnienia z pracy winnej wielu zaniedbań kierowniczki akademika – było to trudne, bo była partyjniaczką i miała mocne „plecy” w rektoracie Uniwersytetu. Jednak i ja miałem poparcie dziekana, który chciał uporządkowania spraw i akceptował moje działania.

imageCzłonkowie Rady Mieszkańców DS. „Ul”. Od lewej: Adam Jaworski, późniejszy adwokat, Romuald Szeremietiew, przewodniczący Rady, Antoni Koniuszewski w przyszłości adwokat i publicysta, Eugeniusz Matyjas, późniejszy przew. Solidarności w Lesznie, a następnie wojewoda leszczyński,.

Po paru miesiącach załatwiliśmy remont akademika. Następnie pojawiły się nowe meble, sala do nauki, a świetlica przeistoczyła się w prawdziwy klub studencki. Co prawda musiałem na czas remontu zrezygnować z wakacji, aby dopilnować prac, ale już przy urządzaniu klubu miałem pomoc wielu kolegów. Po roku mojego komisarycznego urzędowania DS. „Ul” zmienił się nie do poznania.

Po zwolnieniu z pracy kierowniczki akademika zapowiedziałem, że będziemy robili porządki także po naszej, studenckiej stronie. Powołałem sąd koleżeński akademika i do niego nasza Rada kierowała wnioski o ukaranie niesfornych mieszkańców. Najwyższą karą było pozbawienie prawa do zamieszkania w akademiku, zwykle na okres jednego semestru. Była to kara dotkliwa bowiem z akademika na ogół korzystali studenci z niezbyt zamożnych rodzin. A wynajęcie stancji na mieście i opłata za nią to był poważny wydatek, na który było stać nielicznych. Z drugiej jednak strony trudno było patrzeć przez palce na studenta prawa, który np. pijany rzucał butelkami z okna akademika w przechodniów na ulicy. Po pewnym czasie tak skutecznie wytępiliśmy ekscesy, że akademik odzyskał dobre imię i nawet zajął wysokie miejsce w konkursie na najlepszy dom studencki we Wrocławiu.

Wykop Skomentuj22
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo