Nie wiem, jaką definicją publiczności posługuje się Krzysztof Kłopotowski. Dla mnie publicznością są wszyscy widzowie tego samego widowiska. Jak chcą to na wybrane przez siebie przedstawienie przychodzą, jak nie, to w nim nie uczestniczą. I nie płacą. Obawiam się więc, że gdyby przyjąć telewizyjny światopogląd K.Kłopotowskiego za obowiązujący, to wtedy widz będzie oglądał telewizor częściej. Ale niekoniecznie włączony.
Telewizja publiczna, to nazwa zwodnicza. Każda telewizja, którą w większej mierze utrzymuje widz jest telewizją prywatną. Tego właśnie widza. Kiedy rozsiadam się w fotelu nie myślę o tym co ma ochotę oglądać ktoś w Warszawie, Poznaniu czy Szczecinie. Myślę o sobie. Patrzę w niebieskie okno i subiektywnie oceniam, czy program, który serwuje mi TV podoba mi się, czy nie. Mało mnie obchodzi, że ten akurat program uwzględnia, w swoim również subiektywnym katalogu wartości mój sąsiad. Dla mnie samego powinno być ważne, czy jestem zadowolony i czy dobrze pieniądze zainwestowałem.
W wypowiedzi Krzysztofa Kłopotowskiego, reklamującego siebie, jako autora formuły: „obniżyć oglądalność ale podnieść poziom” widzę pewną nieprzemyślaną niekonsekwencję. Biorąc na logikę, to winno być tak. Jeżeli widz płaci abonament, to powinien w zamian otrzymać towar, jakiego oczekuje, bo nikt mu łaski nie robi. Kiedy zechce sobie obejrzeć po raz setny np. „Stawkę większą niż życie” TVP musi mu ją wyemitować. Bo widz jest pracodawcą telewizyjnych fachmanów. Sytuacja odwrotna ma miejsce w darmowych telewizjach publicznie dostępnych – TVN, Polsat i innych. Widz, skoro nie zatrudnia u siebie telewizyjnych producentów ogląda za friko, to co oni uważają za słuszne, wartościowe, cenne. Wara mu w ingerowanie w telewizyjną ramówkę, ponieważ złotówki do niej nie dołożył.
Dla Krzysztofa Kłopotowskiego zbawieniem powinna być właśnie telewizja bezabonamentowa. Ludzie chętniej przecież korzystają z tego co jest za darmo, niż z tego za co muszą płacić - gdy muszą już płacić wtedy zastanawiają się czy warto. Mógłby więc wówczas dorobić jeszcze fakultet np. pedagogiczny i wychowywać społeczeństwo. Bez obawy, że ktoś zarzuci mu marnowanie prywatnych pieniędzy.
Jednak autor „Kinematografu”, pozbawiony jak sądzę, instynktu samozachowawczego, chce zachować się dyktatorsko: zassać kasę z abonamentu, przeprowadzić reformy programowe na swoje kopyto, a widza mieć w głębokim poważaniu. Widz ma oglądać, to co jest jedynie słuszne, zrodzone w mózgu telewizyjnego dyktatora. Jeżeli dla Krzysztofa Kłopotowskiego, jak twierdzi, nauczyciel jest ważniejszym widzem od robotnika, to niech zmusi owego nauczyciela, żeby mu wypłacał pensję. Do pieniędzy robotnika nic natomiast mieć nie powinien, ponieważ skreśla go z listy otwartych umysłów.
Propozycję mam dwie. Pierwsza to taka, aby abonament telewizyjny płacony był „z dołu”, a nie „z góry” jak dotychczas. To byłby dopiero prawdziwy test społecznej odpowiedzialności. Obejrzałem program, podobał mi się, więc za niego płacę.
Drugą propozycję kieruję bezpośrednio do K.Kłopotowskiego, ale mogą skorzystać z niej także inni. Brzmi ona tak: autor „Kinematografu” pyta widzów w telewizyjnym wystąpieniu, czy chcą w przyszłym miesiącu oglądać jego program o trzeciej trzydzieści w nocy. Na pasku u dołu ekranu wyświetla się numer esemesowy pod którym zainteresowani widzowie mogą opłacić usługi autora. Jeżeli starczy pieniędzy, to autor swój program przygotuje i wyemituje, bo będzie miał dowód na to, że jego misyjności ktoś oczekuje. Powiem więcej. Być może sam byłbym gotów zasponsorować jeden odcinek „Kinamatografu” na powyższych zasadach. Jeżeli widzowie uznają, iż program ten jest im niezbędny i zapłacą za jego produkcję - moja forsa przepada. Jeżeli natomiast nie uzbiera się kwota wystarczająca dla zaspokojenia produkcyjnych potrzeb, odzyskuję swoją kasę od TVP powiększoną o 50%. Nielogiczne? Wystraczy pomyśleć... A ponieważ idiotą być nie zamierzam chciałem, jak Kłopotowski, na telewizji zarobić.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)