Pomiędzy polityką, a sportem stawiam znak równości. Nie wiem jeszcze, tak na pewno, czy to polityka czerpie ze sportu, czy sport wzoruje się na polityce.
Wczoraj na Olimpiadzie wydarzyła się sytuacja nieolimpijska. Nawet chyba mało powiedziane – nieludzka raczej. Oto zwyciężającą w turnieju szpady reprezentację Francji na podium reprezentowało trzech smutnych szpadzistów. Pozostałe miejsca zajęli Polacy i Włosi, którzy olimpijskie medale odbierali w czteroosobowym składzie. Skąd ta różnica? Regulamin olimpijski przewiduje, że medal dostaje ten zawodnik, który pojawi się na turniejowej planszy. Włosi i Polacy dali szansę zaistnienia swoim rezerwowym, którzy przestali być anonimowi i też zawalczyli o przyszły sukces swojej drużyny. Bo tak naprawdę kilkudziesięciominutowy olimpijski finał, to efekt czteroletnich przygotowań, w których bierze udział cała drużyna, a jej podstawowy skład wybiera się tuz przed finałową potyczką. Dla francuskich trenerów najważniejszy był jednak pewny sukces. Nie zaufali rezerwowemu zawodnikowi, choć w rzeczywistości mistrzowie świata mieli równą drużynę i mogli być pewni swojej wygranej. Egoistyczne podejście dało rezultat, Francja zwyciężyła.
Nicolas Sarkozy samotnie udał się na razgawory do Moskwy. Nie pytał, przynajmniej oficjalnie, rezerwowych w swoim mniemaniu pozostałych, państw UE. Pojechał i ogłosił sukces.
Lech Kaczyński wziął na pokład rezerwowego ministra Sikorskiego, ale nie dał mu szansy zaistnienia. Sam odebrał medal, bo jednonarodowa drużyna była mniejszym dobrem od wykrzyczenia indywidualnego sukcesu.
Wniosek z tego jest prosty i jak świat stary: każde zwycięstwo jest laurem liderów, a wszystkie ewentualnie niepowodzenia spadają na resztę drużyny w tym zwłaszcza na rezerwowych.
A ponieważ Rosja gra solo i rezerwowych nie posiada, to zawsze wygrywa. Jacy soliści taka wygrana.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)