Funkcjonariusze Służby Więziennej od kilku już lat głupieją. Nie żeby ich jakaś epidemia dopadła. Przyjęli się do roboty, aby chronić społeczeństwo przed bandytami. A tym czasem ci, którzy mienią się ich przełożonymi, albo sami mają na bakier z prawem, jak w Katowicach, albo bardziej szanują przestępców niż ich samych, jak w Łodzi. Niewiadomo co gorsze.
Gdyby popatrzeć z boku Służba Więzienna nie ma powodów do narzekań. Oprócz kilku zaledwie zakładów karnych nie cierpi bowiem na brak kandydatów do „klawiszowskiej” profesji. Nie ma się co dziwić. Funkcjonariuszowi SW nie grożą drawskie poligony, ani zaszczytna „obrona ojczyzny” w Afganistanie. Nie jest też skazany na szlajanie się, w dzień i w nocy, po miejskich uliczkach, które wcale przyjazne, jakby tego chciał Palikot, nie są. Po pracy idzie bezpiecznie na piwko bo ci, którzy by do niego cokolwiek mieć mogli i tak pozostają zamknięci. Sielanka. Ale na tym koniec bajki. Dwie dziurki w nosie i skończyło się. Niebezpieczeństwo przychodzi z najmniej spodziewanej strony. Zza więziennego winkla.
W całej Polsce kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy SW zamkniętych za wysokimi murami pracuje sobie spokojnie i w ciepełku, a jednie kilkuset z nich dozoruje kilkadziesiąt tysięcy zdemoralizowanych bandziorów. To wzorcowa proporcja jednego dnia pracy. Regułą się stało, że ci pierwsi są zawsze mądrzejsi i bardziej profesjonalnie nastawieni do pracy niż ci drudzy. Taki wniosek można wysnuć w prosty sposób. Wystarczy spojrzeć na listę płac.
„Klawisze”, którzy na co dzień, organoleptycznie sprawdzają, czy więźniowie rzeczywiście są w miejscu, które wyznaczyło im Państwo znajdują się na samym dole więziennej hierarchii. Płacowej zwłaszcza. Choć ich służba nie zna kalendarza ani pory doby, to pensje które odbierają każdego pierwszego dnia miesiąca dokonują jednoznacznej kwalifikacji. Są blisko dna.
Dzieje się tak, ponieważ w SW, na wzór więziennego towarzycha też wprowadzono podkulturę drugiego życia. Klawiszy podzielono na lepszych i gorszych: ludzi i frajerów. Frajer, to taki gość, który gdzie by nie wegetował, to nie ma nic do powiedzenia i ma minimalny udział w podziale zysków. Frajerów jest zawsze najmniej, bo kto by chciał być frajerem? Więzienny człowiek natomiast (niektórzy penitencjarni radykałowie dodają - git człowiek), to istota ponadludzka. Patrzy, obserwuje, zarządza i czerpie korzyści z tego co zarobią inni. Może być niejednokrotnie głupszy od frajera, ale pozycja, którą zajął lub na którą został nepota postawiony, niemal dożywotnio zapewnia mu władczą mądrość i nieomylność zarazem. Tak jak chociażby w Łodzi. Na Smutnej 21.
Duża jednostka, położona dostatecznie atrakcyjnie z punktu biznesowo-koniunkturalnego (lepiej przecież być szefem pierdla w Łodzi niż w Uhercach nawet Mineralnych), słynąca z tego, iż to w niej gościnę znalazł pierwszy w Polsce, skutecznie uwięziony poseł. Zarządza nią pan. Pan którego więzienna kariera jest podobno kontynuacją wcześniejszej, biznesowej. Nie wyszedł mu handel z polowego łóżka, więc nadawał się, jak znalazł, do zarządzania małym miasteczkiem pod nazwą AŚ Łódź. Na ten odpowiedzialny resocjalizacyjny odcinek został namaszczony przez swojego ziomka płk Krzysztofa Kaczyńskiego. Już samo to nazwisko zobowiązuje do posłuszeństwa podwładnych, a protegowanego, z urzędu, wyposaża w nadzwyczajne, wszechstronne umiejętności. Wymyślił sobie na przykład, że skoro jest dyrektorem to potrafi wszystko - nawet leczyć ludzi. Rozkazał więziennemu lekarzowi - panu A.S., aby ten zastosował wobec Pęczaka jego, dyrektorskie, metody leczenia - full wypas! Lekarz, co oczywiste, odmówił i już go w służbie nie ma.
Jest także inny powód do dyrektorskiej dumy z tego miejsca. Być może to jedyny pierdel w Polsce w którym dominuje świat przestępczy. Bandyci ustalają, co ma być za kratami grane. Jak im na przykład za mało powietrza i słońca, to podobno za pomocą dyrektorskiej pieczątki, ten deficyt szybko sobie wyrównują. Można więc pomyśleć tak: zarządca tej placówki wolałby, aby funkcjonariusze zamiast być edukowani w swojej Alma Mater w Kaliszu, powinni ukończyć kursy kelnerskie. A wtedy i kłopotów byłoby mniej, a resocjalizacyjnych sukcesów ogrom. Mógłby więc je, pan dyrektor, kontemplować w swoim zacisznym, równie jak areszt atrakcyjnie położonym, kiedyś służbowym, a teraz wspólnotowym mieszkanku. Bo dobry to człowiek i przyzwoity, jak na nasze czasy. Czasy w których Prawo i Sprawiedliwość, PO i inne mniejszości, zapomniały o mniejszości prawdziwej. O tych, których mundury nie mają politycznej barwy.
Przykłady "klawiszowskiego" sobiepaństwa można by mnożyć. Są w przybliżeniu wielokrotnością ilości więzień w Polsce, a areszt w Łodzi to taki klon pozostałych. I to wcale, nie jakoś specjalnie zmutowany. Taka klasyka po prostu.
Pozostająca na medialnym marginesie SW zaczyna wstępować w poważny kryzys. Niewidzialna dla społeczeństwa, niereformowalna od lat, rządząca się feudalnymi prawami formacja, ledwo dyszy. Źródeł nadchodzącego kryzysu szukać należy w Warszawie, a konkretnie w Centralnym Zarządzie Służby Więziennej. To chyba jedyna w Polsce centrala, która oficjalnie już lekceważy swoich pracowników. Wyalienowani do granic możliwości warszawscy specjaliści zdają się być głusi na pomruki dochodzące z terenu. Służba, która powinna stać na straży praworządności, sama tę cechę ustrojową ma w głębokim poważaniu. Tymczasem fundamentaliści z CZSW próbują funkcjonariuszom robić wodę z mózgu. Że będzie lepiej i tak dalej, że wystarczy tylko poczekać. Uszczęśliwieni tymi deklaracjami „klawisze”, tak na wszelki wypadek, wymyślają już różne cuda, aby poprawić swój los. Przebąkują coś o włoskim strajku, o oddawaniu krwi w zamian za czekoladę i dzień wolny.
Zbliża się zima. Na generalskich lampasach szron nie osiądzie, klima to zapewni, bądź Pan spokojny Panie Generale. Jak przyjdzie wiosna, to Pan ogłosi, że idzie nowe! A potem pójdzie na zasłużoną generalską emeryturę. Niechętnie wprawdzie, ale będzie trzeba. Za te zasznurowane usta teraz.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)