„Państwo jest od tego, aby pamiętać o wszystkich swoich obywatelach (...) także o tych słabszych i tych, którym nie do końca się udało - powiedział niedawno L. Kaczyński.”
Zabrzmiało to, jak ideologiczny przykaz dla przyszłości. Teraźniejszość szura buciorami po ziemi i jest mniej przyjemna dla zmysłowości rządzących.
Wśród PISowskich polityków dominuje fałszywy, publiczny przekaz, że zawsze coś co ma być dobre lub ewentualnie najlepsze – będzie kiedyś. Teraz nie. Politycy ci są bowiem w ciągłej opozycji do narodu, do ludzi, którzy ich za swojego życia wybrali. Bo polski przepis na władzę jest prosty. Wystarczy urodzić się w dobrym miejscu i mieć za akuszera odpowiednią osobę, a najlepiej grono takich osób. Reszta jest już łatwa.
Gdyby bracia K. przeszli normalną, życiową drogę, wiedzieli by z pewnością, że Polska nie kończy się i nie zaczyna tym bardziej na ich warszawskiej dzielnicy. Spostrzegliby także znacznie wcześniej niż teraz, iż człowiekowi pomagać należy. Zwłaszcza temu, który tej pomocy, spieprzaj dziadu, potrzebuje.
Niestety ich alienacja od prawdziwego żywota nastąpiła zbyt wcześnie. A to wszystko za sprawą komuny. Wypada zapytać więc: czy to komunistyczni profesorowie mieli złe pojęcie o nauce, którą się zajmowali, czy może trzeba było, z urzędu wykształcić i nadać naukowe stopnie ówczesnym nepotom-Kaczyńskim (J.Kaczyński przyznaje, że dzięki protekcji męża przyjaciółki mamy posła ZSL i wiceministra oświaty został asystentem w resortowym Instytucie Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego)? Tym, którzy w swoich przedwyborczych peregrynacjach sięgają teraz do ludzi "słabszych, którym się do końca nie udało". Wcześniej Ci ludzie nie byli im potrzebni. Do niczego. I po wyborach też nie będą.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)