Centralny Zarząd Zakładów Karnych wydał kupę szmalu na skomputeryzowanie polskiego więziennictwa. Sam jednak udaje, że na komputerach się nie zna, a internet to już dla warszawskich biurokratów magia tajemna. Tak nieosiągalna w percepcji, jak reszta problemów Służby Więziennej, które na swoim forum artykułują „robotnicy” tej służby. Mniejszość zdominowała większość? Normalne. Jesteśmy w Polsce.
Warszawscy krawaciarze zapominają, że więzienie, to takie małe społeczeństwo. I jak każde składa się z jeszcze mniejszych społecznych grup. Z grubsza rzecz biorąc jedną z nich są z pewnością funkcjonariusze SW. Druga to więźniowie. Z socjologicznego punktu widzenia pewne jest, że te dwie główne grupy dzielą się, niestety, niesamoistnie, na mniejsze podgrupy. Z więźniami dajmy spokój. Ludzie pozbawieni prawa do wolności nie mają przecież możliwości sformalizowania swojego więziennego statusu. Bawią się w jakieś tam podkultury, ale jest to ideologia trwała wyłącznie na czas ich pierdzenia w więzienny stołek. Inaczej jest z funkcjonariuszami.
Zasada, którą CZSW wszyła w granatowe pagony jest prosta. Służbę Więzienną podzielono sztucznie na robotników i inteligentów. Jak za dawnej starej, dobrej komuny. Każdemu wyznaczono miejsce w służbowej hierarchii, a fakt ten usankcjonowano stosownymi przepisami. I tak więzienne życie miało się toczyć przez wieki wieków. Amen.
„Robotnicy” mieli wykonywać pracę u podstaw tzn. orać na resocjalizacyjnym ugorze i cieszyć się, że mają płatne zajęcie. Jednocześnie powinni być dumni, że dzięki ich poświęceniu społeczeństwo może spać spokojnie. Inteligencka nadbudowa natomiast, jak to inteligenci, do prawdziwej roboty nieskorzy, myśleli więc i wymyślili, że stworzą swoją własną kastę. Roboczo nazwali ją „administracją”. Klasyczny system kastowy zaadoptowali na swoje potrzeby (duże potrzeby) i zamiast jednego „sannjasina”, tego guru na czele kasty przyjęli, że będzie nim, zapożyczając z jeszcze innej kultury, generał o piętnastu wcieleniach. Tylu ile jest półbogów w więziennych okręgach. Aby się skutecznie zabezpieczyć przed przenikaniem „robotników” w ich szeregi zaczęli do kasty przyjmować wyłącznie swoich. Łaski nie robili, bo jest to kastowości nakazem. Żeby się nie pogubić stworzyli drzewo genealogiczne, które swoimi korzeniami rozrosło się od Warszawy po całą Polskę. Bo gleby urodzajnej na takie wymuszone, genetycznie powiązane płodozmiany jest dostatek. Rolniczy KRUS jest tego najlepszym przykładem.
W swojej zatwardziałej kastowości „administracja” nie wzięła pod uwagę jednego. Zdobyczy nowoczesnej socjologii. Mówi ona mniej więcej tyle, że w obliczu niesprawiedliwości społecznej, najniżej uposażone klasy pomimo, iż w swej ideologii antagonistyczne, na czas walki z tą niesprawiedliwością potrafią zawierać mezalianckie sojusze. A jeżeli „robotnicy” nawiążą naturalne i autentyczne w tej sytuacji więzi emocjonalne, z nomen omen, więźniami, to wypełnią socjologiczno-pedagogiczny postulat kształtowania osobowych uwarunkowań wychowawców z wychowankami. Nawet nieoficjalny taki kontakt ma walor terapeutyczny i stanowić może podstawę do kreowania nowej rzeczywistości, odnajdywania własnej wizji świata i siebie, jak donoszą uczone księgi.
Najprościej rzecz ujmując, ci którzy są na co dzień wobec siebie blisko w biedzie, realnie umundurowani funkcjonariusze SW i więźniowie, przez zwykły przypadek, mogą niechcący zawiązać niepisaną koalicję. „Robotnicy” przeciwko tym, którzy cynicznie zawłaszczają ich wypracowanymi pieniędzmi. Więźniowie natomiast, instrumentalnie, przeciw wszelkim przejawom administracyjnej krzywdy, która ogranicza ich szczupłą, więzienną „wolność”.
Jest tylko jeden sposób, aby zapobiec ewentualnej, niekomfortowej sytuacji. „Robotnicy” muszą przestać być robolami, a kasta kastą. To drugie o wiele trudniejsze, ale możliwe Panie Generale. Chyba, że jest Pan fanem „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”… Choć jedna gwiazda, ta z pagonu, Jutrzenki nie czyni, to powinna. Ze zwykłej, ludzkiej, niewymuszonej. Przyzwoitości.



Komentarze
Pokaż komentarze