Tym razem na ruszta biorę gastronomię.
Każdy z nas, spędzając czas na dowolnej wycieczce przynajmniej raz skorzystał z posiłku kupionego w jakimś barze, Fast foodzie czy restauracji. No, bo w końcu, co to za przyjemność zjadać bułki z dżemem robione we własnym domu. To można zrobić na byle pikniku na najbliższej łące. Nawet jak ktoś mieszka w mieście to zawsze gdzieś znajdzie jakiś park, w którym może to zrobić.
Na każdą podróż jedzie się wręcz przede wszystkim by zjadać posiłki robione przez kogoś obcego, bo każdy z nas chcę się poczuć jak król i po prostu, …
…być obsługiwany.
Obsługa we własnym domu to nie to samo, bo i owszem żona może i poda pod sam nos mężowi talerz z zupą, ale przy tym ile ponarzeka, a obcy kelner nie dość, że nic nie powie to jeszcze się uśmiechnie, a jak to będzie seksi kelnereczka to i pomyje jak ptasie mleczko smakują.
Ale no właśnie…zapłaciliśmy za ptasie mleczko czy za oglądanie zderzaków barmanki, bo jak za to pierwsze to, chociaż walory smakowe winny zostać nam w pamięci, a jeśli za drugie to przynajmniej powinniśmy poczuć pieczenie na twarzy po tym jak nasza połowica wyrazi swoją opinię na temat centrum naszych zainteresowań. Chyba, że jesteśmy singlem. Ale czy każdy singiel turysta dla chwili przyjemności musi narażać swój żołądek.
Niestety, z jakością podawanych nam potraw bywa różnie. Niewiem jak to się odbywa w hotelach ileś tam gwiazdkowych, ale przypuszczam, że jest to już kwestia gustu konsumenta. Natomiast większość pospolitych zjadaczy chleba korzysta z tysięcy jadłodajni położonych jak najbliżej danej atrakcji turystycznej. I to jest niestety błąd. Ponieważ są to miejsca najbardziej zatłoczone, a jak już wcześniej kilkakrotnie wspominałem, również podające najgorszy kicz. Z małymi wyjątkami.
Jednak wyobraźmy sobie sytuację, kiedy przykładowo opalamy się z rodzinką na jakiejś tam nadmorskiej plaży i tu nasza pociecha wyskakuje ze stwierdzeniem, że jest głodna. Pierwsza opcja, wyciągamy z torby kanapki i nagle pociecha wybrzydza, że ona tego jeść nie będzie. No i co wtedy? Polecimy kilkaset metrów po tańszego hot doga? Jak z nim wrócimy to będzie wystarczająco zimny, żeby nikt go do ust nie wziął. Raczej wybierzemy drugą opcję. Idziemy do najbliższego w zasięgu wzroku stoiska z tymi specjałami. Ponieważ, doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, iż nasze dziecko tak naprawdę nie zgłodniało, tylko zobaczyło innego smarkacza z ogromną, długą bułą, z wyciekającymi sosami, oblepioną całą masą dodatków, potocznie nazywaną gorącym psem i zapragnęło tak samo poszpanować.
Z góry uprzedzam, że nie będę nikogo przekonywał, aby jednak dalej łaził po te przekąski. Najprędzej się nachodzicie bez celu i w końcu wściekli na mnie kupicie tak samo drogiego, a do tego suchego hot doga. Nie tędy droga.
Wyszukiwanie miejsc mniej zatłoczonych i zarazem tańszych, wiąże się również z potrzebą zachowania pewnej samodyscypliny i współpracy wszystkich uczestników wycieczki. Wtedy ustalamy, że przed zwiedzaniem idziemy się najeść i ewentualnie zrobimy to po powrocie. Ale jeżeli tego nie potrafimy to pozostają nam inne metody, a mianowicie…
…zachowanie zdrowego rozsądku przy kupowaniu i związku z tym zwracanie uwagi na kilka szczegółów. Po pierwsze, jeśli jest taka możliwość to należy wybierać jadłodajnie, w których posiłki są przygotowywane na oczach klientów. Wtedy możemy obserwować jak wyglądają poszczególne składniki przed ich zmieszaniem i jak wyglądają osoby, które je przyrządzają. Przede wszystkim czy widać brud i bałagan.
Brudu i bałaganu nie powinno być, a to ze względu na to, iż jeżeli mamy do czynienia z punktem gastronomicznym obleganym przez tłumy to i tak nie ma żadnego wytłumaczenia, że nie ma czasu albo coś tam podobnego. Musi się zawsze znaleźć chwilka na sprzątnięcie, bo to świadczy o tym, jak traktuje się klientów. Tym bardziej, że taki punkt zazwyczaj ma wysokie obroty, a więc właściciela powinno stać na dodatkową osobę, która zadba o czystość i higienę miejsca. Sam kiedyś pracowałem, jako pomoc w lokalu gastronomicznym i wiem, że nawet w godzinach szczytu w momencie, gdy barmanki mogły uczestniczyć w konkursie na mokry podkoszulek bez kontaktu z wodą to i tak musiała się znaleźć chwilka na sprzątnięcie miejsca, w którym przygotowuje się posiłki.
Sam kucharz powinien być lekko przy kości, ale nie za gruby. Ci najgrubsi z reguły są przekonani o swojej wyższości i koncentrują się wyłącznie na przygotowaniu lub tylko nadzorowaniu przygotowywania potraw, a mniejszą uwagę zwracają na wygląd miejsca i narzędzi pracy. Jeśli jednak są to osoby powiedzmy z lekką nadwagą to już to bardzo dobrze świadczy. Taka lekka otyłość świadczy zazwyczaj o tym, że kucharz sam sprawdza smak potraw. Nie poci się zbyt mocno, a zatem jest szansa, że w większym stopniu dba o własną higienę i miejsca, w którym pracuje. Byłoby oczywiście ideałem, gdyby właściciele nakazywali takim kucharzom nosić naszywki z informacją o swoim stanie cywilnym. Z prostej przyczyny: kawalerowie dbają w większym stopniu o higienę w nadziei, że wśród gości znajdzie się ich potencjalna przyszła ex-żona. Brak pierścionka o niczym nie świadczy.
Natomiast szczupli kucharze…to już bywa różnie, może dopiero uczą się zawodu, a może wiedzą o czymś, czego my byśmy nie chcieli wiedzieć i dlatego sami nie próbują tego, co przyrządzają, a może po prostu dbają o swój wygląd. Ale tego nie wiemy. Ja na przykład jestem chudy jak szkapa, a należę do grona ludzi, których lepiej ubierać niż karmić. Zjadam ogromne ilości różnego typu pożywienia i nic.
Drugą istotną sprawą, na jaką należy zwracać uwagę to promocje, gratisy, dodatkowe prezenty przy zakupie jakiś konkretnych potraw, czy jakiekolwiek nagrody, mające na celu sprzedaż jakiś tam smakowitości. Od razu uprzedzam, w gastronomi nie istnieje słowo: promocja, ani żadna jego odmiana. Dlaczego?
O tym napiszę następnym razem.
Pozdrawiam!
Inne tematy w dziale Rozmaitości