"Przyjdzie czas na ujawnienie kolejnych faktów i dowodów, które będą mówić o Donaldzie Tusku, Wojciechu Olejniczaku i Andrzeju Lepperze" - oznajmił na swojej kolejnej konferencji prasowej minister Ziobro. Nawiasem pisząc dla Zbigniewa Ziobry dzień bez konferencji prasowej jest dniem straconym. I tak będzie do wyborów.
Tym razem polityk PiS zastosował utrwaloną w tym ugrupowaniu metodę "wiem, ale nie powiem". Bierze po prostu przykład z prezesa swojej partii, który tą metodą posługuje się od lat. Potem się okazywało, że jednak niewiele wiedział, więc dobrze, że nie mówił, bo dostałby już wyrok za pomówienie. Można by się z tego śmiać, ale przyznam, że zaczyna mnie to irytować. Jeśli bowiem Ziobro wie o jakichś nikczemnych czynach wymienionych polityków, to opinia publiczna ma prawo żądać od niego ujawnienia tych "dowodów". Jeśli minister tego nie robi, to oznacza, że po prostu blefuje. Albo jest tchórzem. W obu przypadkach podważa to poważnie jego wiarygodność. Jeśli rzeczywiście wymienieni politycy mają coś na sumieniu, to mam nadzieję, że minister sprawiedliwości przynajmniej zawiadomił o tym prokuraturę. Jeśli tego nie zrobił, to naraża się na odpowiedzialność karną.
Można domniemywać, że Ziobro pośrednio potwierdza swoją wypowiedzą oskarżenia o inwigilację opozycji, bo w jaki sposób może gromadzić owe "fakty i dowody"? Czyżby czekała nas kolejna konferencja prasowa z dyktafonem?
Z wypowiedzi ministra wynika też, że takie "dowody" były już ujawniane, skoro mają być "kolejne". Być może pamięć mnie zawodzi, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby coś takiego miało miejsce, przynajmniej w przypadku Tuska i Olejniczaka.
Nic mnie już nie zdziwi. Polska scena polityczna zdziczała do reszty. Można mówić i robić co się chce. Bez konsekwencji.



Komentarze
Pokaż komentarze