Premier - ni stąd ni z owąd - postanowił odczytać oświadczenie w telewizji publicznej. Zwyczaj to kuriozalny, choć kultywowany przez chyba wszystkich premierów i prezydentów III RP. Gdyby do BBC przyszedł Gordon Brown i powiedział, że chce wygłosić orędzie do narodu, pogoniliby go gdzie pieprz rośnie. Nie ma mowy, żeby władza uzurpowała sobie prawo do "okienek" w telewizji, za którą płacą (przynajmniej teoretycznie) wszyscy, którzy posiadają odbiornik tv. Jeśli szef rządu chce coś publicznie powiedzieć, to zwołuje konferencję prasową i tyle. Ale u nas premier przychodzi do TVP jak do siebie, więc zero skrupułów.
Jaką to ważną wiadomość chciał nam premier przekazać, że TVP musiała uwzględnić jego przemówienie w wieczornej ramówce? Ano taką, żebyśmy go popierali! Myślałem, że skoro w nadzwyczajny sposób premier zwraca się do narodu, to musi to być coś ważnego. Ale nie, tu chodzi tylko o dodatkowy czas antenowy dla PiS-u w kampanii wyborczej, która rozkręciła się na dobre. No bo po co wykupywać dodatkowe spoty, skoro można za darmochę? Pewnie namówi jeszcze swojego brata, żeby zrobił to samo. Relacje na żywo z licznych konferencji prasowych ministra Ziobry dopełnią całości i będzie gites. Do tego dodajmy Radio Maryja i TV Trwam i mamy monopol jednej partii w mediach. A te media, które nie chcą udostępniać swojej anteny dla wyborczych wieców jedynie słusznej partii zostaną zdemaskowane jako część układu. Zwycięstwo wyborcze zapewnione.
Chyba, że "ciemny lud" tym razem tego nie kupi...



Komentarze
Pokaż komentarze (14)