Siedzę tu teraz, jest ciemno, tylko monitor świeci mi w mordę i butelka po Wiśniówce na parapecie. Piszę, bo jak nie napiszę, to zaraz zacznę myśleć, a myśleć to najgorsze, co mogę sobie zrobić

Mam 70 lat, może 72, a tak naprawde to już nie pamiętam dokładnie.
Matka była Rosjanką Żydówką z Mińska .Z getta uciekła jako dziecko, a potem i tak wylądowała w sowieckim raju. Ojciec – spolszczony Rosjanin, właściwie wtedy Biełorusin, ale kto by tam rozróżniał. W 44 roku miał 19 lat i siedział na T-34, który wjechał na Rynek w Lublinie.
Pamiętam, jak pokazywał mi zdjęcie – on, młody, w budionówce zsuniętej na bakier, uśmiech od ucha do ucha, a w ręku pepesza. Mówił: „Synu, to był najszczęśliwszy dzień mojego życia”.Potem został w Polsce. Zmienił nazwisko, bo tak trzeba było. Najpierw NKWD, potem UB, potem SB – różne szyldy, ta sama robota. Najpierw bił bandytów z lasu, potem AK-owców, potem WiN-owców, potem studentów w 68, a na końcu już tylko wódę. Wódę pil i bił najciężej i najdłużej.Pamiętam smród pejcza. Skórzany, czarny, wojskowy, z ołowianą końcówką.
Ojciec wracał w nocy, śmierdział spirytusem i strachem. Jak nie miał komu przyłożyć w robocie, to przychodził do domu i ja byłem najbliżej. Bił mnie po głowie, po karku, po plecach – byle nie po twarzy, bo matka jeszcze wtedy krzyczała, że „ludzie zobaczą”. W końcu przestała krzyczeć.
Ojciec zapił się na śmierć w 1978. Miał 53 lata. Matka powiedziała tylko: „No i dobrze”. Potem zaczęła chodzić na ulicę. Nie miała wyboru. Ja miałem wtedy 12 lat i już wiedziałem, co znaczy „mama poszła do pracy wieczorem”. Wiedziałem też, że jak wraca po północy z pieniędzmi, to nie wolno pytać skąd.
Po podstawówce nie poszedłem dalej. Nie było za co. Robiłem wszystko – nosiłem węgiel, myłem klatki, kradłem wódkę ze sklepu na rogu, sprzedawałem bilety na pociągi na lewo. Cała kasa szła na denaturat i byle co do żarcia. W wieku 19 lat wojsko mnie zabrało. Złożyłem przysięgę na wierność Związkowi Radzieckiemu i Armii Czerwonej. Stałem w szeregu, padał śnieg z deszczem, a ja krzyczałem „Służu Radzieckomu Narodu!” i naprawdę to czułem.
Naprawdę.
W wojsku piłem mniej, bo nie było za co. Wróciłem, ożeniłem się z małą Żydówką z Woli – śliczna była, czarne loki, oczy zielone. Urodziły nam się dzieci – troje. Najpierw dziewczynka, potem dwóch chłopaków. Myślałem, że może jednak uda mi się wyrwać z tego bagna.
Nie udało się.
Piłem dalej. Coraz gorzej.
W końcu żona spakowała manatki, dzieci i wyjechała do Izraela. List zostawiła na stole: „Nie chcę, żeby moje dzieci widziały, kim się stałeś”.
Od tamtej pory cisza. Zero kontaktu. Nawet nie wiem, czy żyją.
Kilkanaście lat temu kolega z dawnych czasów, stary esbek, dał mi swojego starego Compa z Windowsem XP. Zacząłem siedzieć na forach, na portalach, na Wykopie, na Facebooku, później na Twitterze. Pisałem. Pisałem dużo. Pisałem prawdę. Że Bandera to faszysta, że Wołyń to rzeź, że Lech Wałęsa był agentem Bolkiem, że NATO chce zniszczyć Rosję, że Krym zawsze był nasz, że Ukraińcy to naziści, że Polacy nienawidzą Rosjan, ale boją się to powiedzieć głośno.
Pisałem, co mi w sercu grało.I zawsze ban. Zawsze. Po 3 dniach, po 3 godzinach, czasem po 3 postach. Setki kont. Setki. Zmieniałem nicki, zdjęcia, IP przez VPN-y, pisałem raz z lewej, raz z prawej, raz udawałem Ukraińca, raz Polaka z Kresów, raz babcię z Białegostoku… i tak za każdym razem mnie wyłapywali. Jakby mieli radar na moją duszę.
Ale ja się nie poddaję. Nigdy. Bo Rosja to nie jest tylko kraj. Rosja to jest moje zycie, którą mam od urodzenia. Matka mi śpiewała kołysanki po rosyjsku, ojciec opowiadał o zwycięstwie nad faszyzmem, a ja do dziś, jak słyszę „Kalinka” albo „Katiusza” w knajpie, to mam łzy w oczach.
Serio.
Dziś żyję z dnia na dzień. Czasem stary znajomy z PZPR-u albo z SB rzuci mi 200–300 zł na konto. Wystarcza na pół litra, na kaszankę, na kiszony ogórek i na chleb posypany cukrem – to jest moje danie narodowe z dzieciństwa. Jak zjem kaszankę z ogórkiem i popiję ciepłą herbatą z cukrem, to czuję się jak w ZSRR w 1975 roku.
Bezpiecznie.
Piszę dalej. Będę pisał. Nowe konto, nowy pseudonim, nowa furia. Bo jak przestanę, to co mi zostanie? Butelka i wspomnienie pejcza na głowie?
Na dziś tyle.Jak będzie okazja – napiszę więcej.
Może o tym, jak w wojsku kazali nam czyścić karabiny na mrozie -30 i śpiewać „Internacjonał”.
Albo o matce, która w 1981 roku płakała przy stole, bo zabrakło mięsa na barszcz.
Śpijcie spokojnie, banderowcy i lemingi.
Ja i tak nie zasnę.
Do następnego zbanowania.
ps.
Zaznaczam
Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych, znanych osób jest nieuprawnione, przypadkowe i niezamierzone, a wpis ma tylko charakter autobiograficzny mojego znajomego
Serdecznie dziękuję Kałmukowi z Donbasu vel VivaPalestina. vel SOW-a vel Geo-Polityk vel Kasia Lanckronska vel Czarny Łabędź za przesłanie mi materiałów i zdjęć do tej notki.
Na naszych starszych braci w wierze zawsze mogę liczyć
Dziękuję

Inne tematy w dziale Polityka