15 obserwujących
143 notki
124k odsłony
  1343   0

Z pamiętnika młodego leminga

Zaspa
Zaspa

22 października. Zapamiętajcie tę datę, najszczęśliwszy dzień w moim życiu! Dom kupiłem, w Bieszczadach! Do najbliższego sąsiada dwa kilometry, nikt mi w okna zaglądał nie będzie! Od mojej bramy do pięknej, powiatowej drogi z unijnym asfaltem (o czym świadczy wielka, kolorowa tablica informacyjna) 200 metrów! Cisza, spokój, jeśli nawet ktoś tą drogą jedzie, to ja go nie słyszę. Do pracy pół godziny samochodem, o dziesięć minut mniej, niż traciłem codziennie w metrze.


27 października. Złota jesień, piękne kolory, ach, te złoto- czerwone buki! Po polach kicają sobie zajączki, biegają jakieś ptaszyska, w górze szybują majestatycznie jastrzębie. Wczoraj na spacerze  z Ukochaną widzieliśmy jelenie. Wielkie, majestatyczne, najpiękniejsze zwierzęta na świecie! Aż chciałoby się dotknąć i pogłaskać. A są ludzie, którzy do nich strzelają. Czy można ich w ogóle nazywać ludźmi? Ci z „Pokotu” mieli rację. Kupiłem i zasadziłem 20 drzewek owocowych, podobno teraz, jesienią, najlepsza na to pora. Wieczorem słuchaliśmy razem audiobooka powieści Bogdana Loebla pt. „Dymek, mesjasz zwierząt.” Oboje mieliśmy łzy w oczach.


2 listopada. Piękny, słoneczny, rześki dzień. Jednego jeszcze nam tu do szczęścia brakuje – odrobiny śniegu! Pewno teraz, w dobie globalnego ocieplenia trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, ale będzie. Słyszeliśmy w sobotę na zakupach, jak jakieś tutejsze baby narzekały, że znowu idzie zima i ŚNIEG. Głupie grażyny, wieśniary.


7 listopada. Jeeeest! Gdy obudziliśmy się rano, wszystko było pokryte cieniutką warstwą lekkiego, białego puchu. W słońcu lśniły oszronione drzewa. Bajka. Droga posypana piaskiem, jechałem minimalnie wolniej, ale za to jeszcze bardziej mogłem się napawać cudownymi widokami. Po południu niestety stopniał.


15 listopada. Oglądamy z Małą fotki z przed tygodnia. Jak trudno teraz czekać na powrót śniegu. Ale podobno będzie, na mur beton.


22 listopada. Jeeeeeest! Z piętnaście centymetrów, mrozu pięć stopni, więc biała wspaniałość pozostanie z nami dłużej! Wieczorem urządziliśmy sobie bitwę na śnieżki. Było cudownie!


23 listopada. Jeszcze więcej śniegu. Popołudnie na sankach, wieczór przed kominkiem – ale i tak co chwila biegaliśmy do okna, by sobie popatrzeć. Odgarnąłem śnieg z drogi dojazdowej, nie ma chyba na świecie przyjemniejszego zajęcia. Niech się wszystkie siłownie schowają.


24 listopada. W nocy spadło jeszcze więcej śniegu. Po moim wczorajszym odśnieżaniu ani  śladu, musiałem zasuwać z łopatą jeszcze raz, bo wyjechać z garażu się nie dało. Na dodatek zanim wyjechałem, drogą przejechał pług śnieżny i zasypał kompletnie wjazd. Musiałem wracać do domu jeszcze raz po łopatę. Spóźniłem się do roboty, szef opieprza. Trzeba jednak wstawać wcześniej.


26 listopada. Znowu śnieg, znowu historia z pługiem. Jutro wezmę łopatę na stałe do bagażnika.


28 listopada. Jeszcze więcej śniegu. Proponowałem Małej postawienie czwartego bałwana, ale jakoś nie chciała.


2 grudnia. Cholerne zające. Skorzystały z tego, że zaspa śniegu zasypała całe ogrodzenie, i ogryzły połowę moich drzewek z kory do gołego drewna. Tyle roboty na nic.


5 grudnia. Znowu śnieg, znowu pług. On to chyba robi specjalnie, przecież wyjeżdżam z domu coraz wcześniej, a ten zawsze zdąży w ostatniej chwili zawalić mi wjazd. I jeszcze te małe, kudłate sk****syny, obgryzły resztę moich drzewek. Szukam w Darknecie przepisu, jak zrobić sidła.


6 grudnia. Jeszcze więcej śniegu. Kupiłem Małej narty biegowe, ale jakoś nie okazała radości.


11 grudnia. Jeszcze więcej tego cholerstwa. Na dłoniach mam same bąble, a ten sk*** syn z pługa jak zwykle przejechał, gdy byłem o 50 metrów od swojego wjazdu.


18 grudnia. Na jutro zapowiadają opady – kolejne 30 centymetrów tego białego gówna.


19 grudnia. Meteorolog się mylił. Spadło 85 centymetrów. Ale przynajmniej nie widziałem dzisiaj tego cholernego pługa. Wziąłem urlop do nowego roku. Staram się o przejście na system pracy zdalnej, ale szef kręci nosem, bo z Internetem w mojej wsi słabo. Czy oni tu naprawdę nie wiedzą, że jeśli porządnie posypać drogę solą, to ten cholerny śnieg stopnieje?


26 grudnia. Święta w domu. Parę dni oddechu, o ile można mówić o oddechu w zasypanej śniegiem dziurze. To mocniejsze odcięcie od świata niż zabicie dechami. O wyjeździe na Sylwestra można marzyć tylko jeśli  przekopią drogę, a nic takiego nie obiecują. Włączyłem wczoraj muzykę, ale gdy z głośników poleciało „White Christmas” Mała spojrzała na mnie z taką nienawiścią, że wyrwałem zasilacz z gniazdka.


31 grudnia. Pół dnia nie było prądu. Puszczaliśmy fajerwerki, na szczęście kupiłem zawczasu.


5 stycznia. Droga przejezdna, wjazd zawalony przez pług.


11 stycznia. Jeszcze więcej tego białego gówna. Jedyna satysfakcja, że pług też ugrzązł. Kierowca przyszedł prosić o pożyczenie łopaty. Dałem, śmiejąc się mu w oczy, i z ogromną  radością obserwowałem, jak zasuwa.

Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura