Nieszczęsny wakacyjny praktykant lub praktykantka z biura reklamowego zapewne dostał ochrzan od swojego przełozonego za wybór zdjęcia ilustrującego kampanię pewnego napoju wyskokowego i teraz ma dużo wolnego czasu na studiowanie materiału ikonograficznego z lat 80-tych. Nie on pierwszy, nie ostatni, pomyłki tego rodzaju mają tendencje do ujawniania sie w czasie kanikuły, gdy kierownictwo hula na wolności a działalność przejmują niedoświadczone żółtodzioby. Dobrze, że nasz skandalista nie zatrudnił się w elektrowni. Choć, mając w pamięci ostatnie wydarzenia, kto wie?
S24 zareagował pełną, galopującą histerią paranoiczną. Zawsze można liczyć na kolegów i koleżanki. Nie będę wymieniał nicków, ale takiego natężenia teorii spiskowych i szumnej ignorancji nie widziałem od dość dawna.
Odezwali sie eksperci od prawa autorskiego i pokrewnych:
@Autor
Od bojkotów konsumenckich:
@Autor
Od argumentów ad Hitlerum:
@FGB
Od teorii spiskowych:
@Autor
Od skandali:
@Autor
I kilka blogerek Salonu24 wzywa mniej lub bardziej otwarcie do linczu na nieszczęsnym praktykancie:
@RK1
Jeszcze nie ma ustawy o "Dobrym imieniu Polski". Nie wiem czy to jest to czego nam potrzeba.
W II RP na mocy ustawy o " Dobrym Imieniu Marszałka" pobito paru dziennikarzy.
Czyli po pomorsku ( gdzie jest Faterniak ?) "dokopano im do d..py".
Teraz pozostaje internet.
Odezwie się:)
Żytnia do zlewu.
@MARTA.LUTER > W II RP na mocy ustawy o " Dobrym Imieniu Marszałka" pobito paru dziennikarzy.
do obicia komuś mordy żadna ustawa nie jest potrzebna.
Poza tym kolejnośc była inna.
Najpierw żurnaliści i autor recenzji ksiązki Wańkowicza (Sztefeta, który rzeczywiście wyrazil się niestosownie o Marszałku (nazwał go kabotynem) dostali po mordzie od oficerów.
a dopiero potem Sejm uchwalil ustawę o ochronie pamięci Marszalka.
Ustawa funkcjonowala zresztą krótko - weszła w życie 13 kwietnia 1938 roku, a kilkanaście miesięcy poźniej wybuchła II wojna światowa. W praktyce nie było więc zbyt wielu przykładów jej zastosowania.
Aczkolwiek formalnie zostala uchylona dopiero 1 stycznia 1970 roku, wraz z wejściem w życie nowego Kodeksu karnego z 1969 roku uchylającego wszystkie akty prawne wydane przed 5 września 1939 roku.
Odczuwam pewnego rodzaju satysfakcję, że moja akcja misyjno-pedagogiczna odniosła ograniczony sukces i kolegium ekspertów S24 od wszystkiego usłyszało o istnieniu prawa autorskiego dzięki moim wpisom. Ale drodzy koledzy, z dużą pewnością mogę stwierdzić, że się mylicie. To nie tak funkcjonuje. Nikt niczego nie ukradł autorowi zdjęcia. Ani autor osobiście go nie sprzedaje do publikacji. Być może nie wiecie, ale istnieją, podobnie jak jatki i piekarnie, wyspecjalizowane sklepy zajmujące sie sprzedażą zdjęc. Nazywają się agencjami fotograficznymi i działa to w ten sposób, że autor - zawodowy fotograf - odprzedaje prawo do publikacji agencji a ta zajmuje sie sprzedażą detaliczną. Kupują wszyscy, którzy zajmują się zawodowo publikacją zdjęć - gazety i agencje reklamowe, czasami zdarza się i klient prywatny, który chce mieć zdjęcie swojego idola w dobrej jakości. Więc nikt nikogo nie okradł, nie ma za co dochodzić odszkodowania, publikacja była jak najbardziej legalna. Owszem, zdarzało sie w pionierskich poczatkach bohaterskiej publicystyki niezależnej, że potrzebne zdjęcia redaktor wycinał nożyczkami z zachidnich magazynów na kredowym papierze do dalszej obróbki, ale te praktyki dawno odeszły do przeszłości, podobnie jak watowane ramiona marynarek i tapirowane blond włosy z tonami lakieru.
http://tekstykanoniczne.salon24.pl/644461,czy-krzysztof-osiejuk-znow-naruszyl-prawa-autorskie
http://tekstykanoniczne.salon24.pl/473755,bolszewik-gadowski-chce-rozkulaczac
PS. Jeden z najbardziej udanych nieświadomych trollingów tego rodzaju miał miejsce w szwedzkim dzienniku Dagens Nyheter, gdzie z kolei tamtejszy - zapewne praktykant - redaktor zamieścił do notki o wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta (zdaje się, że prezydenta Warszawy) zdjęcie Una-bombera Teda Kaczynskiego.



Pospolite skurw.... i nic