Gorąco polecam materiał z Youtuba wyjaśniający przystępnie dlaczego nasze miasta są coraz częściej zalewane. Autor nie zajmuje się przyczynami zmian, on po prostu omawia sytuację faktyczną, gdy te zmiany już są obserwowane. I to, jak ta zmiana wpływa na praktyki inżynieryjskie budowy systemów odwadniania miast... mocno zdezaktualizowane. Przyczyny zmian opiszę ja.
A tu omówienie suszy w Polsce:
https://wgospodarce.pl/informacje/157635-wisla-wysycha-susza-trwa-juz-10-lat
A niektórzy chcą, by Wisłą i Odrą pływały statki takie jak na Renie...
I nie, inżynieria na to NIE POMOŻE. Wręcz przeciwnie, może tylko pogłębić niekorzystne skutki...
>Regulacja rzek (prostowanie koryta, likwidacja meandrów, pogłębianie)
>szybszy odpływ wody
>większa prędkość przepływu
>większa erozja denna>wcinanie się rzeki w głąb
> większy drenaż wód podziemnych, szybszy odpływ, brak retencji wody na okres bezopadowy...
Ale dlaczego w Polsce (i Europie) z roku na rok mamy coraz bardziej pogłębiającą się suszę? Oprócz błędów gospodarowania wodą doszedł czynnik, którego wcześniej nie było. Zmiana klimatu.
Na to, ile wody płynie rzekami wpływa to, ile wody spadnie pod postacią deszczu i śniegu, to na jak długo i gdzie zostanie ona zatrzymana oraz to, jak duże jest parowanie.
Ilość opadów w ostatnich dekadach praktycznie się nie zmieniła. Zmienił się natomiast bardzo mocno ich charakter: coraz mniej opadów w postaci mżawki, długotrwałych opadów a coraz więcej deszczy gwałtownych, nawalnych.
Taki intensywny deszcz nie ma szans wsiąknąć w ziemię i zasilić warstw wód podziemnych. Większość wody z tych deszczy jest stracona - szybko odpływa kanalizacją, rowami i rzekami do morza. Powodują gwałtowne, ale krótkotrwałe powodzie - tak zwane powodzie błyskawiczne, niebezpieczne zwłaszcza w miastach, ale w poprzednich latach mieliśmy już przykłady wsi zalewanych w parę godzin podczas gwałtownej burzy.
I co ważne, taki deszcz nawalny w pewnym sensie przekłamuje dane statystyczne. Obecnie coraz częściej jest tak, że nie deszcze nie występują kilkanaście dni, rozwija się susza, mamy okresowy statystyczny niedobór opadów. Po czym pojawia się intensywna burza z ulewnym deszczem... i w godzinę spada miesięczna norma deszczu. W takiej sytuacji normy statystyczne dla miesięcy mogą być zachowane, miesiąc może, pod względem opadów, zostać zakwalifikowany jako "w normie" a nawet jako "wilgotny" ale tej wody z tego deszczu w przyrodzie zostanie niewiele - nie zdąży zasilić gruntu i roślin. Susza się pogłębi. Paradoks? Nie, znane od dekad zjawisko... ale do tej pory rzadko występujące w Polsce.
Mogłoby się wydawać, że zima 2025/2026 była mroźna i obfita w śnieg. To jednak złudzenie subiektywne – meteorologicznie była to kolejna zima cieplejsza od normy klimatologicznej. Owszem, śnieg leżał dłużej niż w ostatnich latach, ale całkowita suma opadów znów była niska. Śniegu wcale nie spadło dużo – po prostu z powodu krótkiego epizodu stabilniejszego mrozu nie stopniał od razu, jak to bywało w ostatnich latach.
Klimat Polski JUŻ mocno się zmienił, warunki klimatyczne obecnej Polski pasują do klimatu Węgier sprzed trzech - czterech dekad. Średnia roczna temperatura w Polsce wzrosła z około 8 stopni Celsjusza do około 10-11 stopni. W roku 2024 było to nawet 12 stopni. To jest zmiana ogromna, to jest zauważalny wzrost parowania w sytuacji gdy ilość roczna suma opadów praktycznie się nie zmienia. To przesunięcie przebiegu zjawisk pogodowych charakterystycznych dla klimatu chłodnego - na przykład duża ilość dni z deszczem, ale o małym natężeniu - do przebiegu opadów typowego dla południa - mało dni z opadami, ale za to intensywnymi.
Już zimy mamy coraz mniej śnieżne, coraz wyraźniej widać przesuwanie się opadów z lata na zimę. Czyli typowo dla klimatu południa Europy.
To bardzo zła, fatalna wiadomość dla Polski. Przy naszym <obecnym> rolnictwie i przy obecnej przyrodzie deszcz najbardziej potrzebny jest wiosną i latem. Wtedy gdy rośliny wzrastają i dojrzewają, nie gdy zimują.
- "Ostatnio głośno o prognozach dotyczących lasów. Media informują, powołując się na Polską Akademię Nauk, że w perspektywie kilkudziesięciu lat zniknie 75 proc. drzew. - Nie grozi nam wylesienie, tylko wyparcie jednych gatunków przez inne, a w konsekwencji rewolucyjna zmiana ekosystemów – podkreśla dr hab. Andrzej M. Jagodziński, dyrektor Instytutu Dendrologii PAN.Skąd błąd w doniesieniach medialnych? Spróbujmy uporządkować wątki i wyjaśnić przystępnie temat. Sosna zwyczajna, świerk pospolity, modrzew europejski i brzoza brodawkowata zajmują dziś 75 proc. powierzchni lasów w Polsce. Właśnie te cztery gatunki są najbardziej wrażliwe na globalny wzrost temperatury i jego pośrednie następstwa.- Postępujące zmiany klimatu sprawią, że wspomniane drzewa zaczną tracić swoje optimum klimatyczne w naszym regionie, a w konsekwencji znikać z polskich lasów. Wraz z nimi wymrą setki gatunków roślin, zwierząt i grzybów. To rewolucyjna zmiana dla ekosystemów i zatrważający scenariusz – tłumaczy Andrzej M. Jagodziński.Drzewostany złożone z gatunków wrażliwych na zmiany klimatu będą stopniowo zamierać. Leśnicy dostrzegają ten problem nie od dzisiaj. Czy to jednak oznacza, że z lasów zniknie 75 proc. drzew? - Nie, jest to zbyt duże uproszczenie. Nie grozi nam wylesianie, tylko drastyczna zmiana szaty roślinnej. Przyroda, ale też leśnicy, będą wprowadzać do lasów gatunki lepiej dostosowane do zmieniających się warunków środowiskowych – prognozuje ekspert.
Oczywiście sama zmiana klimatu, w jedną, czy w drugą stronę nie musi być jednoznacznie zła. Zawsze są jakieś wady i jakieś zalety. Ale pod warunkiem, że zmiana jest powolna i daje nam czas na przystosowanie się: adaptację rolnictwa, leśnictwa, miast, obiektów inżynieryjnych... itp. Zmiana o 2C w 1000 lat byłaby praktycznie niezauważalna. Ta sama zmiana klimatu w 100 lat - tak, jak obserwujemy to obecnie - jest już co najmniej "kłopotliwa" dla naszej cywilizacji.
Rolnictwo już od kilkunastu lat w Polsce mocno się zmienia. Ja przykładowo, za dzieciaka, praktycznie w ogóle nie widziałem pól kukurydzy - dziś jest niemal wszędzie. I tak, to nie jest tylko i wyłącznie skutek ocieplenia - to również decyzje ekonomiczne rolników, rozwój intensywnej gospodarki rolnej (dużo zła powoduje w mojej skromnej opini - temat na notkę). I uprawa kukurydzy będzie dominować coraz bardziej, jest to roślina z rodzajem fotosyntezy C4 - odpornej na bardzo wysokie temperatury. W tradycyjnych, "polskich" zbożach przebiega fotosynteza C3 - która ulega osłabieniu w wysokich temperaturach, gdyż rośliny C3 mniej wydajnie gospodarują wodą w okresach upalnych.
Możemy zaprzeczać rzeczywistości i nic nie robić. Możemy też łagodzić skutki zmian, próbować się adaptować do nich. Z tym, że kluczowe jest tu słowo "łagodzić". Nie unikniemy konsekwencji coraz silniejszych fal upałów letnich (pobicie rekordu maksymalnej temperatury w czerwcu 2026, 40.5C, pojawienie się "40tek" podczas kolejnej fali upałów w sierpniu w okolicy Lublina), wyraźny wzrost ilości dni upalnych i dni z Tmax>35C, coraz łagodniejsze zimy, spadek zimowej pokrywy śnieżnej i zlodzenia rzek, wycofywanie się lodu z Bałtyku, pogłębiający się z roku na rok problem suszy...
Wielu technoentuzjastów powie: uratuje nas inżyniera i technologia. Może, w jakimś stopniu... Generalnie jednak większość naukowców uważa, że nie tędy droga. Po co inwestować ogromne środki w projekty inżynieryjskie, skoro przyroda to samo zrobi za nas? Taniej i... lepiej?
Można oczywiście wydać miliony, miliardy na budowę zbiorników retencyjnych - czego zresztą nie unikniemy i co też musimy zrobić. Ale najważniejsza zasada jest taka, by zatrzymywać wodę najwcześniej, jak można. Nie w zbiorniku retencyjnym w dolnej części zlewni, tylko na zboczu góry na którą deszcz spada. Możemy przestać budować gęste sieci dróg leśnych przy tak zwanej zrywce, którymi po ulewach spływają potoki wody, możemy zasypywać rowy, które budowano w warunkach o wiele bardziej wilgotnych, możemy budować zastawki na rowach i strumieniach. Możemy stawiać na mikro i małą retencję, zatrzymywać wodę na podwórkach, osiedlach a nie w dużych miejskich zbiornikach - które i tak nie mają pojemności na większe ulewy.
Musimy przestać regulować rzeki, co przyśpiesza przepływ wody i zwiększa erozję denną. Wiem, oznacza to pożegnanie się z planami uczynienia z Odry Renu a z Wisły Dunaju, ale te plany i tak były niemożliwe do wykonania. Wiem, że na Salonie jest wielu zwolenników żeglugi rzecznej i wielomiliardowych inwestycji w regulację rzek, ale to droga do nikąd. Lepiej te środki przeznaczyć na równie ekologiczny a przy tym wydajniejszy, przyjaźniejszy i sprawniejszt transport kolejowy.
Z rzeczy przyziemnych, wracając do filmów z początku notki: pora przestać w inżynieri stosować normy z lat 50tych XX wieku, dawno już nieaktualne. Pora myśleć o wodzie kompleksowo, nie tu rozwiązanie takie a tu takie - w sprzeczności z rozwiązaniem poprzednim. Pora krytycznie spojrzeć na działalność Wód Polskich, które wciąż realizują miejscowo program budowy rowów odwadniających i regulacji małych cieków wodnych.
Musimy edukować społeczeństwo, choćby po to, by samo społeczeństwo zatrzymywało tak bzdurne urzędnicze projekty jak: "Wzrost retencji opadowej poprzez wykop stawów na terenie torfowiska"... (sic!).
Musimy zrobić tak wiele a czasu coraz mniej...


Komentarze
Pokaż komentarze (21)