
Do tego kiepskie zawodówki, bo o skutecznej pracy po nich bez doświadczenia nie może być mowy. Wszystkie szkoły wyższe w kraju, toczy ten sam rak niezrozumienia swojej dychotomicznej misji, który prowadzi do marazmu. Nasz urojony system edukacji to choroba i jedna wielka paranoja.
Po pierwsze system ten zakłada, że uczelnia wyższa ma być laboratorium prawdziwej tajemnej wiedzy naukowej, że mają się na niej odbywać badania i tworzyć zręby nowych lepszych teorii naukowych. Jednak nikt tego później od wyższych szkół nie egzekwuje – a można to zrobić bardzo łatwo.
Choćby uzależniając wysokość przyznawanych dotacji państwowych, od ilości uzyskanych w każdym roku nagród międzynarodowych i prestiżowych publikacji w przedmiotach humanistycznych, a ilości uzyskanych dla państwa polskiego międzynarodowych patentów w przedmiotach technicznych – czysto inżynierskich.
To dlatego żadna z naszych uczelni, nie znajduje się nawet w pierwszej pięćsetce najlepszych szkół wyższych na świecie. Do tego tylko jedna z nich uzyskała certyfikat zgodności programu nauczania z programami zachodniej Europy – Politechnika Łódzka.
Dlatego nie możemy zakładać w żaden sposób, że polskie życie akademickie w jakikolwiek sposób przyczynia się do rozwoju światowej wiedzy, czy nadąża za nurtem aktualnej nauki. Pomijając oczywiście kilka chlubnych wyjątków, jak walki o patenty niedofinansowanych badaczy entuzjastów, o której od czasu do czasu informują w Teleekspressie, a i tak po dwóch latach na całym świecie wprowadzają to i czerpią z tego zyski Japończycy – vide niebieski laser.
Po drugie wymagamy, aby szkoły wyższe produkowały nam inżynierów i magistrów w ilościach masowych, bo chcemy mieć w statystykach wykształcone społeczeństwo. Obniża się przed to elitarność wielu zawodów, a programy nauczania odchudza się z najtrudniejszych tematów rokrocznie.
Nie możemy mówić już dziś, żeby obecni absolwenci szkół wyższych mieli prawdziwie wyższe wykształcenia. Ich poziom znajomości źródeł kultury europejskiej na przedmiotach humanistycznych, a ogólnego obeznania technicznego i matematyki inżynierów jest żenujący.
Dawniej humanista z wyższym wykształceniem potrafił docenić wysoką sztukę, znał grekę i łacinę, a inżynier starej daty potrafił na przykład pokierować budową mostu w Afryce więc skutecznie zarządzać pracą setek niewykwalifikowanych robotników, każdego dnia rozwiązując tysiące technicznych i logistycznych problemów. Przeciętny maturzysta okresu międzywojennego pokolenia kolumbów, znał lepiej matematykę niż student drugiego roku "Automatyki i Robotyki" – najtrudniejszego kierunku wspomnianej tu już najlepszej z polskich uczelni wedle certyfikującej Europy – Politechniki Łódzkiej.
Dlatego dzisiejszy poziom wykształcenia formalnego większości absolwentów, znacznie przekracza ich poziom intelektualny.
Nasze szkoły wyższe mają łączyć ogień z wodą. Masowość nauczania z elitarnością prawdziwej wiedzy. Mają być zawodówkami kształcącymi do konkretnych zawodów, a jednocześnie zachowywać cały entourage magii i wyjątkowości starych murów uczelni oraz obnosić się w gronostajach i otaczać blichtrem swoich wykładowców.
W rezultacie nasze uczelnie nie są ani jednym ani drugim. Nie potrafią wnosić niczego produktywnego do światowej pochodni oświecenia, a ich naukowcy umieją chwalić się jedynie, że na coś wpadli pierwsi, a po roku dowiadujemy się z przykrością jak nie potrafili tylko tego wykorzystać. Nie potrafią nauczać niczego praktycznego studentów, a pracodawców akurat tego dobrze nauczyli, że absolwent uczelni ma wyższe wymagania płacowe, natomiast nie jest wart więcej od maturzysty, bo nie potrafi pracować w zawodzie bez odpowiedniego przeszkolenia.
Nasze szkoły wyższe ze swoim skostniałym posocjalistycznym systemem podejmowania decyzji, nie są w stanie skutecznie zarządzać kreatywnością i pracowitością swoich młodych wychowanków. Dlatego nigdy nie będą mogły konkurować z dowolną uczelnią prywatną, która zdecyduje się otworzyć prawdziwy kierunek zawodowy – stać się zawodówką z prawdziwego zdarzenia. Kierunek prowadzony przez specjalistów z danej dziedziny pracujących na codzień w realnych warunkach, a nie grzejących tyłki w uczelnianych fotelach i podrywających na wyższe oceny studentki.
Z kolei naukowość naszych uczelni również nie ma szerokich perspektyw na rozwój. Nasi naukowcy szczycą się, że lubią pracować nad tym, co w najbliższym czasie nikomu do niczego nie będzie przydatne. Nasi doktorzy biorą minimalną liczbę doktorantów do pomocy w badaniach, a zakres tychże jest zawsze bardzo luźno związany z kierunkami rozwoju światowej wiedzy. Głównie dlatego, żeby nie trzeba było ścigać się o prymat w tej dziedzinie z konkurentami. To sprawia, że nikt niczego od nich nie chce, nikt do nich nie przyjeżdża i nie wymienia się wynikami. Przez to towarzystwo geriatryczne naszych uniwersytetów śpi spokojnie, ucząc kolejne pokolenia żaków szczytów absurdów i naukowej niepraktyczności.
Nie mamy więc żadnych szans w najbliższym czasie na odmianę nędznego losu setek tysięcy studentów. Nasze uczelnie bez zmian systemowych ich roli w nowoczesnym społeczeństwie dalej w kółko nauczać będą dokładnie tego, czego nie powinny – quasi zawodowego praktykowania.
Świat szkół wyższych poszedł do przodu. Naucza praktycznej wiedzy, a nie teoretyzowania albo zajmuje się wyrafinowanymi badaniami za ciężkie pieniądze.
Natomiast naszym uczelniom zostanie zgodnie z prawdą przypięta przez wszystkich inna łatka –
nikomu niepotrzebnych, pseudonaukowych, marnych – zawodówek
i mam nadzieję, że ten zaszczytny tytuł opasłych rektorów w gronostajach wreszcie nieco otrzeźwi.
ZibiKendo
Komentarze
Pokaż komentarze (10)