Postanowiłem skorzystać z tej formy dostarczenia Panu swojego przesłania z kilku powodów. Primo: otwarta korespondencja jest ostatnio w dobrym tonie w Pańskiej partii. Secundo: mejl - w przeciwieństwie do zwykłego listu, zalatującego lekko myszką - to w najczystszej postaci alegoria nowoczesności, a przcież ku niej zmierzamy, czyż nie? Poza tym, te odległości dzielące Warszawę i Brukselę, ta niewydolność zwykłej poczty... Ale do rzeczy.
Zmartwiły mnie niepomiernie, usłyszane dziś w porannym wywiadzie radiowym słowa Wiceprezes PiS Pani Beaty Szydło. Więc jednak nie wystaruje Pan w zbliżających się wielkimi krokami wyborach samorządowych na stanowisko prezydenta Warszawy? Czyż ta dobra nowina wypuszczona na światło dzienne, radosna niczym świergot skowronka witającego promyki wiosennego słonka, okazała się być zwykłą kaczką dziennikarską? Nie może być! Co się stało? Dlaczego? A taką miałem nadzieję...
Piszę, by zaapelować do Pana, zachęcić ze wszystkich sił, aby Pan jeszcze raz rozważył tę ewentualność. Co tam rozważył - niech się Pan zdecyduje na ten krok, bez chwili wahania! Krok ze wszech miar wskazany, niezbędny, konieczny wręcz! Dla Warszawy, ale też dla Pana. Pana prezydentura w Warszawie wyniesie stolicę Polski ponad poziomy, dotychczas nieosiągalne, w najśmielszych snach niespodziewane. Oczyma wyobraźni już widzę te nowe mosty, kolejne linie metra, nowe, wielopasmowe, równe niczym stół, drogi, obwodnicę... Nowe osiedla, dla słabiej zarabiających dofinansowywane ze stołecznego budżetu, nowe żłobki, przedszkola, szkoły. Zdrową służbę zdrowia. Ach, żyć nie umierać.. A i dla Pana to krok na kolejny, wyższy poziom rozwoju osobistej kariery politycznej. Prezydent Warszawy - to brzmi dumnie, Pan przyzna. A z Placu Bankowego to już tylko kilka kroczków na Krakowskie Przedmieście...
A może frasuje się Pan, że złe języki fałszywie życzą, coś niedobrego pamiętają? Ależ Pan się nie troska! Masowa pamięć ludzka, z natury wybiórcza, już wytarła tę sławetną konferencję prasową, gdzie Pan, minister sprawiedliwości - dyplomowany prawnik uniwersytecki - ferował głosem nieznoszącym sprzeciwu wyrok na doktora G. przed orzeczeniem o winie przez sąd, mało - przed rozpoznaniem sprawy przez niezawisły organ wymiaru sprawiedliwości. Już nikt nie pamięta, że utracił Pan tym jednym zdaniem moralne prawo do bycia prawnikikiem; gdzie tam - utracił Pan moralne prawo do bycia politykiem. Ten radykalny spadek liczby przeszczepów... Ale, co tam -to było dawno, już nikt nie pamięta. Tak samo - słowa o Panu i do Pana wygłoszone przez pana Leszka Millera, umknęły już naszych głów w niebyt, w nicość. A choćby i nie - proszę się nie kłopotać - nie zawierają krztyny prawdy.
Za to, ja jako mieszkaniec Warszawy - a myślę, że nie tylko ja - dostrzegam i doceniam krocie Pańskich zalet. Mało czasu, miejsce nie to, ale... choćby pierwsze z brzegu: to nadprzyrodzone przekonanie, ta wiara w każdego człowieka, w jego naturalną dobroć. Ta empatia, czy wynikająca z jeszcze wciąż młodego wieku pokora wobec życia - cichość serca wobec osób starszych i mądrzejszych. Ach, prawdziwy "miód, malina" - zbiór walorów do pozazdroszczenia, predystynujący wprost na stanowisko prezydenta Warszawy, a i nie tylko.
No, niech się Pan nie da dłużej prosić, niech się Pan wreszcie zdecyduje. Jednocyfrowy wynik poparcia - gwarantowany.
Z poważaniem
Pański przyszły wyborca
P.S. I jeszcze maleńka prośba - raczy Pan pozdrowić ode mnie, Pańskiego kolegę z Europarlamentu - Pana europosła Marka Migalskiego. Pozdrowi go Pan powiedzonkiem pamiętanym przez nas z dzieciństwa: "żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała".



Komentarze
Pokaż komentarze (2)