W tym kontekście postanowiłem przypomnieć mój tekst z opublikowany na fb jesienią 2024 który okazuje się nadal aktualny, szczególnie w kontekście zaproszenia Polski do tzw. Rady Pokoju.
Dlaczego Polska powinna wziąć udział w „Nowym Monachium”
W proukraińskich środowiskach politycznych i eksperckich pojawiają się opinie iż to dobrze że Polska nie będzie brała udziału w decydowaniu o losach Ukrainy po wojnie. Przyczyną ma być fakt iż Kijów ma być zmuszony przez mocarstwa zachodnie do częściowego przyjęcia warunków Moskwy i rezygnacji z utraconych terytoriów na wschodzie i południu. W tym duchu wypowiadają się m.in. przedstawiciele Centrum Mieroszewskiego czy nawet związanego ze środowiskiem narodowym Nowego Ładu.
Twierdzenie iż Polska nie powinna współdecydować o podziale Ukrainy jest wyrazem romantycznego infantylizmu. Taka postawa była krytykowana niejednokrotnie po tym gdy okazało się że Ukraińscy politycy nie czują żadnych zobowiązana ani wdzięczności wobec Polski po przekazanej pomocy militarnej i wsparciu na forum organizacji międzynarodowych, a wręcz oskarżają Warszawę o współpracę z Moskwą.
Polscy politycy powinni zasiadać zawsze przy stole rozmów na temat naszego regionu, a szczególnie naszych sąsiadów. Jako przykład można podać konferencję w Wersalu, uznawaną za sukces Romana Dmowskiego który wywalczył korzystny ja na tamten czas przebieg granicy zachodniej. Polska była też sygnatariuszem konferencji w Trianon podczas której zdecydowano o podziale przyjaznych nam Węgier, ale udało się na niej też załatwić polskie interesy i udział naszych przedstawicieli był w pełni zrozumiały.
Z drugiej strony, przedstawiciele Polski nie brali udziału np. w Kongresie Wiedeńskim 1815 r. czy Konferencji Monachijskiej w 1938 r. Warto się bliżej przyjrzeć drugiemu przykładowi, gdyż to wydarzenie służy środowiskom skrajnie ukrainofilskim do wykazania iż lepiej żeby Polska nie brała udziału decydowaniu razem z mocarstwami bo ewentualne rozmowy w sprawie pokoju na Ukrainie to będzie „drugie Monachium”, czyli zapadną tam decyzje o okrojeniu terytorialnym Ukrainy.
30 września 1938 przedstawiciele Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch podpisali układ stanowiący o aneksji przez III Rzeszę części Czechosłowacji, zamieszkałej przez Niemców sudeckich. Polska obok Węgier nie została dopuszczona do konferencji co oznaczało że interesującą nas kwestię Zaolzia pozostawiono w rękach przywódcy III Rzeszy. Zamiast decydować na równi z Londynem i Paryżem zostaliśmy w konsekwencji sprowadzeni do roli pomocnika nazistów w rozbiorze Czechosłowacji. Taka opinia pokutuje do dzisiaj co wykorzystuje choćby rosyjska propaganda czy środowisko neobanderowskie.
Po układzie monachijskim Polska straciła też uznanie w oczach Węgrów, którzy zamiast sojuszu z Warszawą woleli zwrócić się do Berlina w sprawie dalszego podziału Czechosłowacji co doprowadziło do arbitrażu wiedeńskiego a potem niekorzystnego dla nas podporządkowania Słowacji przez III Rzeszę.
Analogicznie teraz, gdy Polski zabraknie przy stole rozmów podczas których rozstrzygają się ważne sprawy naszego regionu, nie będziemy też traktowani poważnie przez mniejsze państwa Europy Środko-Wschodniej. Ukrainofile i romantycy oczywiście odtrąbią kolejne „Zwycięstwo moralne” Polski ale w oczach państw regionu nie będziemy liczącym się graczem. Nie chodzi tu nawet o Ukrainę, bo dla Kijowa i tak liczą się państwa które mają potencjał i znają reguły gry międzynarodowej bez względu na deklarowane sympatie o czym świadczy to jak potraktowali rząd PiS który prowadził nadmiernie idealistyczną, życzeniową i ignorującą realia politykę wschodnią. Udział Polski przy stole rozmów jest ważny jeśli poważnie rozważany jest choćby sojusz obronny z państwami nordyckimi i bałtyckimi.
Niewątpliwie w polskim interesie jest niedopuszczenie do sytuacji by nasze wojsko pilnowało wschodnich granic Ukrainy, a takie pomysły pojawiają się planie pokojowym przygotowywanym przez prezydenta elekta Donalda Trumpa. Może dojść do sytuacji, gdy o naszym zaangażowaniu za nas będą decydować… Ukraińcy. Świadczy o tym choćby brak Polski wśród państw które zostały poinformowane o tajnych załącznikach tzw. planu zwycięstwa Zeleńskiego. Pamiętajmy przy tym Kijów jest zainteresowany wepchnięciem Warszawy w konflikt z Moskwą. Z pewnością udziałowi naszych przedstawicieli w przyszłych rozmowach nie służy publiczne rozdzieranie szat nad kwestią integralności terytorialnej Ukrainy. Powrót Krymu i reszty utraconych terytoriów do Ukrainy jest nierealny i warto to przyjąć za punkt wyjścia. Tym bardziej że Ukraina może stanowić dla Polski bufor nawet gdyby granica przebiegała na Dnieprze.
Porównania obecnej sytuacji wokół zakończenia wojny do konferencji monachijskiej nie mają oczywiście przełożenia na rzeczywistość, dlatego tytuł ma charakter prowokacyjny. Choćby z tego powodu że w konferencji monachijskiej nie brała udziału ofiara podziału, czyli Czechosłowacja. Spotkanie kanclerza Niemiec, premiera Wielkiej Brytanii oraz prezydentów USA i Francji pod koniec października raczej nie wniosło nic nowego w kwestii przynależności terenów zajętych przez Rosję, to jest oczywiste od co najmniej roku i spotkanie w wąskim gronie mogą to najwyżej potwierdzić… Ukraina jest wręcz zmuszana do udziału w rozmowach z Putinem i jeśli mocarstwa zdecydują bez jej udziału, to głównie na własne życzenie Kijowa. Ponadto Polska nie rości sobie praw do żadnych terytoriów Ukrainy. Romantyczne i przebywające w świecie własnych pojęć środowiska ukrainofilskie byłyby zadowolone z kolejnego „zwycięstwa moralnego” po rozbrojeniu Wojska Polskiego i bezwarunkowym wspieraniu Kijowa na forum NATO i UE. Ale w świecie prawdziwej polityki jest zrozumiałe że wojna kończy się konferencjami pokojowymi i strony muszą się zgodzić na kompromis a Polska powinna w tych rozmowach uczestniczyć po to by pilnować własnego interesu narodowego.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)