0 obserwujących
31 notek
13k odsłon
  466   0

Raport z oblężonego miasta

 Co łączy Bagdad, Grozny, Mogadiszu w Somalii, Kapsztad i Juarez? Jak chyba każdy już się domyśla to najniebezpieczniejsze miasta na Ziemi (podobno).

Dzisiejszy dzień w znacznej części przeznaczyliśmy na czytanie wszystkich informacji o miejscu naszego tymczasowego pobytu. Relacji podróżników i turystów niestety brak; chyba dawno nikt nie zapuszczał się tu w celach innych niż kupno/sprzedaż nartkotyków, żywego towaru, tudzież inne takie transakcje.

W hotelu mieszkają tylko Meksykanie, chociaż naprawdę może dziwić po co przyjechali i co tutaj robią. Podobno nawet burmistrz Juarez mieszka w amerykańskim El Paso, bo tak bezpieczniej. Po (bardzo, bardzo słabym) śniadaniu nie zapewniono nam tutaj niestety żadnych innych posiłków, więc po południu głód zmusił nas do opuszczenia hotelu. Dzięki temu mieliśmy niepowtarzalną okazję przyjrzeć się z nieco lepszej perspektywy temu miejscu. Cięzko był się wyluzować i spacerować uliczkami, więc nie oddalaliśmy się zbytnio od hotelu; najpierw kantor, a później ruszylismy na poszukiwanie jakieś knajpy.

Pierwsze co widać na każdym kroku to policja. Jeżeli liczbą policjantów mierzyć bezpieczeństwo miasto, to Juarez powinno być chyba oazą spokoju. Policjanci w liczbie 5-6 z karabinami maszynowymi i inną bronią rozstawieni są co 100 metrów (przynajmniej w pobliżu naszego hotelu, bo podobno z południowego Juarez już się wycofali... Tak przynajmniej twierdził Richard z Salt Lake City), tak, aby pozostawali w zasięgu swojego wzroku. Miasto wygląda na wymarłe, na ulicach nie ma prawie ludzi, większośc sklepów i restauracji jest zamknięta na głucho i widać, że są już od jakiegoś czasu opuszczone. Liczne dziury w chodnikach, pozostałości chyba po kratkach ściekowych, umożliwiały zapadnięcie się pod ziemię na każdym kroku. 

Na szczęście niedaleko znleźliśmy bardzo przyjemną restaurację, chyba jedną z lepszych tutaj. Przy dzwiach stali ochroniarze z bronią (nie mylić z takimi co stoją w polskich mordowniach, gdzie zabawiaja się bananowa młodzież) i sprawdzali ID. Cóż, kontrolę przeszliśmy bez problemu okazując legitymację ISIC, gdyż innych dokumentów w obawie przed skradzeniem/zgubieniem nie zabieramy ze sobą.

Środek restauracji to już inny świat. W przeciwieństwie do opustoszałych ulic - tłoczno i gwarno (muzyka na żywo). O meksykańskim jedzieniu nie piszę, gdyż jasne że po miesiącu zjadania amerykańskiego syfu smakuje wspaniale (wspianiałe też są jego ceny). Duże piwo oznacza tutaj piwo litrowe i kosztuje 3$.  Niestety podczas pobytu w restauracji zapadł już zmrok, czego trochę się obawialiśmy. Na szczęście do hotelu nie było daleko, po drodze mineliśmy dwa patrole policji, w tym jednego miłego pana z shotgunem, który podszedł do nas, przywitał się (nie wiem czy to tutaj powszechny zwyczaj, ale w Polsce nie spotkałem się, żeby policjant podawał rękę na przywitanie), przepytał nas i wylegitymował, ale chyba bardziej z ciekawości, bo turystów ciężko tutaj uświadczyć.

Jutro, jako, że jesteśmy już po wstępnym rekonesansie, zabierzemy może ze sobą aparat i uwiecznimy naszą najbliższą okolicę. Podobno sytuacja tutaj uspokoiła się już na tyle, że miasto ma opuścić (lub już opuściłło - relacje są sprzeczne) 5 tys. policjantów z jednostek specjalnych, którzy zastąpili tutaj wcześniej wojsko.

 Cytat na dziś: A może masz dla mnie jakąś radę.... WUJU?!

Dziękujemy wszystkim którzy nadal czytają i komentują, mamy nadzieje, że nie martwicie się specjalnie o nas.

Wrócę jeszcze do tematu Terry i chciałbym uspokoić Ciotkę Matyldę, że nie oceniliśmy jej negatywnie i jesteśmy bardzo wdzięczni za okazaną gościnę, a to że częstowała przeterminowanym jedzeniem można zrzucić na karb jej liczych zajęć. Chociaż prawdę powiedziawszy bardziej podobało nam się w Toronto (jakoś  Terry nie była aż tak wyluzowana) ;)

 
Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości