0 obserwujących
31 notek
13k odsłon
  445   0

Houston: nie mamy (juz) zadnych problemow

Jeżeli długo nie piszę, to bezsprzecznie znaczy, że wszystko idzie zgodnie z planem. Nadmiar zajęć nie pozwala mi w ogóle dostać się do komputera, w przeciwieństwie do Juarez, gdzie mogłem pozwolić sobie na odpoczynek. Odwlecze się zatem nieco opowieść o Vegas (nie zapomniałem o niej!).

A więc (zdaje się, że tak nie powinno zaczynać się zdania) jesteśmy w Houston w Texasie. Fajne miejsce do życia. Podoba mi się amerykańska "prowincja", chociaż być może nie jest to odpowiednie słowo. Dotarliśmy tutaj, niestety, z przygodami, które spowodawy, że obecnie przeklinamy dzień, w którym pożałowaliśmy 200$ na bilet kolejowy i wybraliśmy greyhound. Dla kogo jest greyhound już wiecie. Jaki jest stosunek obsługi do podróżnych też. Ile się spóźnia też możecie się domyślać. Ale to co spotkało nas w drodze z El Paso do Houston, pobiło wszelkie granice. Nasz autobus miał być o godz. 6 po południu. Jako że nasz hotelowy chek-out był o 13, właściwie 4 godziny czekaliśmy na dworcu w oczekiwaniu na autobus - to nas oczywiście nie przeraża, przynajmniej mieliśmy gwarancję dobrych miejsc. Autobus podjechał oczywiście spóźniony, załadunek trwał okropnie długo, ale w końcu ruszyliśmy (spóźnieni oczywiście). Nie wyjechaliśmy jeszcze z El Paso, a kierowca stwierdził, że klimatyzacja w autobusie nie działa. W związku z tym - wracamy na dworzec. Noce są w Ameryce ciepłe, ale mając w perspektywie niepewną przyszłość zdany na łaskę greyhounda wolałbym już jechać tym do końca. Niestety - jak można było się spodziewać, czekaliśmy dwie kolejne godziny na dworcu w El Paso, aż podstawią nowy autobus. W tym czasie prawie pusty odjechał  autobus, który miał jechać po nas (nie mogliśmy się na niego przesiąść, gdyż nasze bagaże - przynajmniej teoretycznie - były gdzie indziej). Ruszyliśmy, podróż była długa i męcząca. Miałem wrażenie, że autobus zatrzymuje się co godzinę, aby tłumy grubych Amerykanów mogły się z niego wytoczyć na najbliższą stację (przy której stał McDonald's albo jeszcze inny taki przybytek) i nabrać niewiadomo jak dużo fastfoodów, które konsumowali przez godzinę - do najbliższego przystanku. Mam wrażenie, że oni nie śpią, tylko czekają na najbliższy przystanek. Niezależnie od tego ile mamy opóźnienia, postój na żarcie musi być i to taki długi (albo i dłuższy) niż zaplanowano.

W San Antonio mieliśmy być o 5.40, w związku z powyższym byliśmy przed 9. Pomimo tego, że nie mieliśmy mieć przesiadki, kierowca zgodnie z greyhoundowym zwyczajem zarządził, że wszyscy mieli opuścić autobus, gdyż odbędzie się sprzątanie. Takie już są tutejsze zwyczaje, przyzwyczailiśmy się do tego, z tym, że zazwyczaj odbywa się to między 2 a 4 w nocy, żeby było jeszcze bardziej nieprzyjemnie. Kiedy nas autobus nie pojawiał się z domniemanego sprzątania w informacji dowiedzieliśmy się że jednak sprawa wygląda inaczej. W związku z tym, że nasz autobus jest opóźniony... nie pojedzie dalej. Mamy czekać na nastepny, który będzie za następne 3 godziny. Zamiast więc być w Houston na 10.50 am zgodnie z planem, byliśmy o 6 po południu.

Już w San Antonio okazało się (przy okazji oczywiście), że po raz kolejny zgubiono mój bagaż i prawdopodobnie pojechał on - w przeciwieństwie do mnie - wcześniejszym autobusem. Obyło się bez rękoczynow i zwrócono mi mój bagaż. Po miesiącu podróży jest tak sponiewierany jak gdybym kupował go lata temu, a nie w czerwcu. Muszę koniecznie wypełnić formularz zniszczenia bagażu.

Zanim wjedziemy do Houston śpieszę poinformować, że granica w Juarez/El Praso jest łatwiejsza do przejścia niż dla na lotnisku dla Polaków, nie mówiac juz o granicy amerykańsko-kanadyjskiej, gdzie trzepano nas najbardziej. Na granicy pracują sami Meksykanie z amerykańskimi paszportami, więc chyba średnio przejmują się nielegalną imigracją. W każdym razie łącznie z czekaniem w kolejce nie zajęło nam to dłużej niż 5 minut. Okolica przygraniczna w Juarez wygląda prawdziwie meksykańsko, nie tak jak koło naszego hotelu. Dużo jest ulicznych sprzedawców, sklepów, przechodniów. Za 2$ można sprzed przejścia granicznego przejechać do USA, wprost na dworzec greyhounda (ależ przepłaciliśmy gdy tam przyjechaliśmy!).

Po stronie amerykańskiej angielski przestał już być językiem urzędowym. Przynajmniej w strefie granica-dworzec są sami Meksykanie. Na dworcu niektórzy nie byli w stanie dogadać się po angielsku... W Houston dowiedziałem się, ze jest taki dowcip: czym się róznią Meksykanie, którzy mieszkają na Jukatanie od tych którzy mieszkają na Florydzie? Ci na Jukatanie umieją mówić po angielsku.

Przymusowy postój w San Antonio miał jedną świetną stronę. Jako, że mój bagaż był już w Houston, a bagaż Ady jest względnie lekki, mogliśmy wziąć nasze tobołki i iść zobaczyć El Alamo, miejsce historycznej bitwy między Teksańczykami (określenie dosyć umowne, gdyż Teksańczyków prawie tam nie było, ale bili się w interesie Teksasu), a Meksykanami - teksańskich termopil, które przyczyniły się do uzyskania (na krótko oczywiście) przez Teksas niepodległości.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości