0 obserwujących
31 notek
13k odsłon
  327   0

Live and let die

Ciężko w kilku zdaniach napisać jakim sympatycznym, otwartym i serdecznym człowiekiem był John z Houston. Wielka szkoda, że musieliśmy go już opuścić, chociaz i tak przedłużyliśmy o jedną noc pobyt w Houston. Nie zobaczyliśmy NASA Space Center dla którego właściwie przyjechaliśmy do tego miasta, ale Jczyohn zapewnił nam tyle innych rozrywek że nie możemy narzekać. Byliśmy na musicalu odbywającym się wieczorem w miejscowym parku (wcześniej musieliśmy odstać swoje w kolejce po wejściówki - to osobna historia z jakim ekwipunkiem idą Amerykanie, aby postać (ściślej: posiedzieć) w godzinnej kolejce); uprawialiśmy shopping (interesuje nas zwłaszcza ten dla lower class w sklepach 99 cents - ale w przeciwieństwie do tych polskich, można tam znaleźć mnóstwo ciekawych rzeczy; byliśmy w miejscowy muzeum sztuk pięknych w którym John jest wolontariuszem, w związku z czym ma darmowe wejściówki (w porównaniu z europejskimi, jak można się spodziewać - ubogie); bogowaliśmy typowy amerykański obiad - sałatka z torebki i dania z zamrażarki i wiele innych.

Nasz host był zaprzeczeniem stereotypów o intelektualnym poziomie typowego Amerykanina. Miał dużo książek i z relacji z nim wynikało, że przynajmniej niektóre z nich czytał. O historii Polski nie wiedział oczywiście wiele, ale pewnie więcej, niż niejeden jej mieszkaniec, chociaż nigdy w Polsce nie był (był za to w ZSRR, na Ukrainie, w Czechach i w Europie Zachodniej). Oprócz tego był osobą tak samo aktywną jak Terry z San Diego (domena tutejszych emerytów?), miał mnóstwo znajomych i codziennie albo ktoś go odwiedzał albo wychodził na randkę.

Nawet podróż greyhoundem do Nowego Orleanu upłyneła lepiej niż zwykle. Autobus wyjechał prawie o czasie, był odrobinę przed czasem, starczyło dla wszystkich miejsc, nie zgubiono naszego bagażu i nie kazano nam w środku nocy opuszczać autobusu i koczować na stacji - małe rzeczy a cieszą! Zresztą to było tylko 7 godzin w nocy, więc spokojnie mogliśmy się wyspać i po pewnych przygodach z komunikacją miejską w Nowym Orleanie dotrzeć do naszych nowych hostów (na marginesie - komunikacja miejska jak na amerykańskie warunki jest tu bardzo tania - bilet na cały dzien kosztuje 3$ (jak pamiętacie jednorazowy w Las Vegas - 5$), natomiast jednorazowy - 1,25$). Nowy Orlean, wbrew opiniom, po Katrinie wygląda nadspodziewanie dobrze. Amerykanie szybko (może przesadzam, w końcu mineło już 6 lat) poradzili sobie ze zniszczeniami, chociaż straszą jeszcze pojedyńcze, opuszczone domy do których po katastrofie już nikt nie wrócił.

Z naszymi obecnymi hostami to ciekawa sprawa. Napisaliśmy do 19-letniej Allison z Nowego Orleanu, która na CS była zupełnie nowa. Odpisała, że nie może, gdyż właściwie to mieszka teraz w Waszyngtonie w związku ze swoimi studiami, ale że jej rodzicie nas chętnie wezmą. Dla nas - świetna wiadomość, gdyż jesteśmy wyluzowani jak statystyczni amerykańscy 60-latkowie. Okazało się, że jej rodzice to... dwie kobiety. Takie rzeczy się tu dzieją! Tu na samym południu! Poza tym nie można im nic zarzycić, są bardzo gościnne, serdeczne, także mają większą wiedzę o Europie Środkowej niż można było się spodziewać i częstują duża ilością jedzenia (w przeciwieństwie do Johna, który jadł tyle co kot napłakał i myślał, że wszyscy tyle jedzą. Wiem, że to może niezbyt ładnie tak obgadywać wszystkich po kolei publicznie, ale Amerykanie są dużo bardziej otwarci niż Polacy). Allison za tydzień jedzie do Irlandii na studia i kazała swoim 'mamom' hostować ludzi z Europy, żeby później miała pewnego coucha podczas swojego planowanego tripu po Starym Kontynencie. Nota bene jest chyba nieco szalona, gdyż zaplanowała sobie z Dublina weekendowe wycieczki (gdyż tylko wtedy będzie miała czas - przynajmniej tak twierdzi, widać po tym, że jest świezo upieczoną studentką) np. Amsterdam i Praga; Monariuch i Berlin; Barcelona, Mediolan i Madryt w jeden weekend. Daje to obraz jak Amerykanie widzą Europę. Dla nich Irlandia jest miejscem wypadowym na dwudniowe wycieczki po Europie, a z Holandii jest rzut beretem do Czech.

Nowy Orlean jest inny niż pozostałe amerykańskie miasta - przynajmniej jego najstarsza dzielnica - Kwartał Francuski. Przeczytałem dzisiaj w internecie, że NO to taki Kraków nad Mississipi, co oczywiście początkowo uznałem za bezsens, ale teraz widzę że autor miał sporo racji. NO przypomina mi krakowski Kazimierz, kto lubi te klimaty, ten z pewnościa odnalazłby się w starym Nowym Orleanie. Ja nigdy nie przepadałem za starymi, ciasnymi, zawilgoconymi zaułkami Kazimierza, dlatego też NO nie przypadł mi za bardzo do gustu. Jedynie te parowce na Mississipi - jak z Marka Twaina (niestety drogie)! Oczywiście dzisiaj przeszliśmy znaczną częśc Kwartału, spróbowaliśmy miejcowych przysmaków (część na mieście, a cześć w domu), wypiliśmy kawę, chociaż nie w najsłynniejszej Cafe de Monde (straszny tłok, tłumy turystów, drogo, kawa=rozpuszczalna lura, francuskie pączki = sama mąka z masą cukru pudru). Jak dla mnie - mało zostało tu już francuskich akcentów, skoro nie umieją nawet zrobić kawy.

Bardziej niż francuski kwartał podoba mi się dzielnica w której mieszkamy. Dojeżdza się tutaj zabytkowym tramwajem, który ciągnie się aż ze starego centrum miasta, jest cicho, spokojnie, niektóre domy pamiętają jeszcze chyba Napoleona, a reszta na pewno królową Wiktorię. Downtown, czyli to typowe amerykańskie centrum jest takie jak w całych Stanach. Mają tu podobo bardzo ciekawe muzeum II Wojny i muzeum Konfederancji (chociaż niestety z informacji ze strony wynika, że po Katriniee jeszcze nie zostało w pełni przywrócone do życia i otwarte jest tylko bod środy do soboty, więc prawdopodobnie go nie zobaczymy).

Wybaczcie, że piszę tak rzadko i że ciągle brak dokładnej relacji z Vegas, ale jedną z wielu rzeczy której nam tu brakuje jest czas, którego nie mamy nawet na sen. 

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości