0 obserwujących
31 notek
13k odsłon
  632   0

Georgia on my mind

Kwartał francuski w Nowym Orleanie zdecydowanie lepiej wygląda w nocy, chociaż dzieją się tam wtedy prawdziwe cuda na kiju. Nad Burbon Streer i innymi ulicami unosi się nieznośny zapach gotujących się w tym nocnym upale śmieci, a w niektórych knajpach śmierdzi piwniczną stęchlizną.

Orlean różni się od innych amerykańskich miast i stosunek obsługi do klientów w knajpach takż e jest zdecydowanie inny. Nie dość, że oszukują wywieszając inne ceny na szybie, a innych żądając (nota bene strasznie wysokie), to przy płatności kartą cenę (przynajmniej mi) podali w... euro. Kto zna tutejsze zwyczaje ten wie, że na rachunku są cztery pola z których trzy wypełnia klient. Pierwsze to cena, która jest już wydrukowana (podana w $), później pole na napiwek (w euro!), suma (również w euro) i podpis. 

Wogóle strach tu iść do knajpy, bo panuje terror napiwków. Richard z Salt Lake City pouczył nas, że jeżeli obsługa była dobra, to daje się 20% napiwku, a jeżeli zła to 15%. My nie dajemy nic - a co, jako ubodzy studenci z Polski nie będziemy nabijać kiesy bogaczom z Ameryki, którzy terroryzują nas swoją napiwkową polityką.

Jakby prób oszukania było mało, to zanim jeszcze zdążyliśmy dopić drink Huragan (jedna z nielicznych pozostałości po Katrinie), to już przyszła kelnerka i oznajmiła, że albo zamawiamy jeszcze jednego albo wypad z baru. W knajpie było strasznie tłoczno, ludzie siedzieli przy stolikach podobnych do tych używanych w polskich szkołach w latach 50., jazz-band był jedynym plusem. Na każdy set(prawdę powiedziawszy, na poczatku to nie bardzo wiedzielismy o co chodzi im z tymi setami) trzeba coś zamówić, inaczej trzeba się wynosić. 

Nie myślcie, że był to jakiś wyjątek i po prostu źle trafiliśmy. Wszędzie to samo - drogo, tłoczno i tabliczki "one drink per person per set". Zdecydowanie przewróciło im się już w głowach od nadmiaru turystów.

Są inne aspekty Nowego Orleanu, o których mniej osób zdaje sobie sprawę. Jest tu np. chyba jedno z większych muzeów II wojny światowej, oczywiście widzianej tylko z perspektywy USA i której najważniejszym dniem jest D-Day. Mimo tego amerykanocentryzmu nie można o nim powiedzieć zlego słowa. Oprowadzają po nim autentyczni weterani z plaż Normandii (nawet wiedzieli, że to Polacy odszyfrowali Enigmę i nie omieszkali się tą wiedzą podzielić ze zwiedzającymi), a przy okazji mozna obejrzeć skróconą wersję wojny w kinie 3D (nazywanym też kinem 4D z tego powodu, że trzęsą się fotele). Ciekawe jest tez muzeum sztuki - malutkie w porównaniu z innymi, bardziej znanymi, ale jest tam i Picasso, i El Greco, Monet, Manet, Renoir, nawet kolekcja Faberge, były też polskie akcenty - porcelane figurki szlachciów w kontuszach.

Nowy Orlean leży pod powierzchnią wody, więc przez lata, miano tutaj problem z tym, że na cmentarzach zwłoki wypływały wraz z powodzią. Poradzono sobie w ten sposób, że obecnie (zapewne już od ponad wieku), zmarli są chowani w grobowcach nad powierchnią, co znowóż powoduje, że cmentarze stały się atrakcją turystyczną. Tam nie jeździ się kosiarką po nieboszczykach, jak jeździło się po Jaśku w Chicago.

Na koniec naszego pobytu w Orleanie wybraliśmy się wszyscy - my, Allison i jej mamy do chińskiej restaurcji, która nie przypominała żadnej znanej mi chińskiej restauracji gdyż była zbyt porzadna. Zjedlismy tam ze smakiem aligatora (cena niech pozostanie tajemnicą). Przetwórstwo aligatorów jest tu na wysokim poziomie. Skóry przerabia się na torebki, mięso je, a resztki sprzedaje turystom, w formie np. spreparowanych głów po 6$ albo łapek aligatora po drapania się po plecach. W każdym razie mięso z aligatora nie jest podobne do niczego, a przez to bardzo interesujące.

Przygody z greyhoundem znowu nas nie omineły, byliśmy na dworcu przed czasem i zostaliśmy prawie siłą załadowani na autobus, który jechał w kierunku Atlanty. Nasz miał być dopiero za 2 godziny, ale co z tego. Jakiś pan stwierdzi, że na tamten nie ma już biletów i mamy jechać tym, a później się przesiąść. Musieliśmy przez to o 12 w nocy znowu bawić się w zmianę autobusów, za to później aż do 7 cieszyliśmy się spokojnym snem.

Trafilismy więc do Atlanty - bardzo ładne miasto; i wylądowaliśmy do Dannego, symaptycznego chłopaka, który jest żołnierzem, a ściślej pilotem wojskowym. Ma chyba w tej armii dużo wolnego czasu, bo może brac sobie co drugi dzien urlop i oprowadzać swoich gości po Atlancie. Dużo też podróżuje, zawodowo i prywatnie, był nawet w Krakowie.

Jutro czeka nas wielki dzień - wizyta w Świecie Coca-Coli i w największym akwarium na świecie (nie w wewnątrz sensu stricto oczywiście).

Z tej okazji okoliczościowy wiersz:

Coca- Cola - Adam Ważyk

Dobrze wam było pić Coca- Cola. 
Ssaliście naszą cukrową trzcinę, 
zjadali nasze ryżowe pola, 
żuliście kauczuk, złoto, platynę, 
dobrze wam było pić Coca- Cola. 
My, co z bagnistych piliśmy studzien, 
dzisiaj pijemy wodę nadziei, 
męstwo, którego źródło jest w ludzie, 
pijemy wodę w górach Korei, 
my, co z bagnistych piliśmy studzien. 
Po Coca- Cola błogo, różowo 
za parę centów amerykańskich 
śniliście naszą śmierć atomową 
pięć kontynentów amerykańskich. 
Po Coca- Cola błogo, różowo! 
My, co pijemy wodę nadziei, 
wiemy, gdzie sięga dziś nasza wola: 
wyszliście z Chin, wyjdziecie z Korei, 
my wam przerwiemy sen Coca- Cola 
my, co pijemy wodę nadziei.

 

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości