120 obserwujących
641 notek
746k odsłon
969 odsłon

Dla tych, co nie chcą zgłupieć...

Wykop Skomentuj4

Geopolityczna huśtawka bezpieczeństwa

Dla krajów, które wyszły z bloku sowieckiego, przystąpienie do Unii Europejskiej, zwłaszcza z perspektywy tamtej pamiętnej Jesieni Narodów ’89, wydawało się nieść same korzyści. Mniejsza już o to, że miraże członkostwa w klubie bogatych państw Zachodu okazały się w znacznej mierze przesadzone, ale co gorsza przyjęty w grudniu 2009 roku traktat lizboński, czyli w istocie nieco okrojona konstytucja europejska pod zmienioną nazwą, przeniósł uczestników integracji do innej rzeczywistości: może i bardziej realnej dla państw największych, lecz zdecydowanie mniej korzystnej dla krajów mniejszych i średnich.

Polityczna hegemonia Niemiec i (w mniejszym stopniu) Francji, z „demokratycznym listkiem figowym” Parlamentu Europejskiego stała się brukselską codziennością. Kryzys Grecji zwabionej do strefy euro, miliony nachodźców „zaproszonych do Europy” przez kanclerz Merkel, antropologiczna rewolucja gender/homo/pedo/zoo, czy wreszcie czołganie brytyjskich Brexiterów to tylko niektóre dobitne przykłady, że Unia Europejska śpiesznie odchodzi od dziedzictwa i różnorodności tradycyjnej Europy Narodów. Toteż nie ma żadnych dobrych powodów dla unikania debaty o sensie i sposobie dalszego pozostawania Polski w tym z dnia na dzień dziwaczejącym gremium.

Podobne rozczarowanie przyniosło członkostwo w NATO, o które Polska tak mocno zabiegała. Prócz uczestnictwa w kilku regionalnych wojnach, niejednokrotnie prowadzonych pod mylącą nazwą, a jeszcze częściej pod mistyfikującymi realne cele hasłami, dopiero po kilku dobrych latach okazało się, że nasz status w sojuszu nie daje nam pełnych gwarancji bezpieczeństwa, bo dyskrecjonalne porozumienie między mocarstwami honoruje imperialne uroszczenia Federacji Rosyjskiej do strefy wpływów w kształcie z czasów sowieckich.

Wyrazistą ilustracją naszej pozycji na geopolitycznej huśtawce bezpieczeństwa było cokolwiek żenujące widowisko pn. tarcza przeciwrakietowa. Labilność stanowiska naszych nominalnych sojuszników przekonująco dowiodła, że poziom bezpieczeństwa polskiego państwa pozostaje każdorazowo funkcją aktualnych stosunków Stanów Zjednoczonych z Rosją. Że jesteśmy tylko kartą przetargową albo, precyzując, zakładnikami polityki mocarstw.

Fort Trump i szafa po Geremku

To z pewnością nie była dla Polski wiadomość dobra ani przyjemna. Może dlatego część polskiej sceny politycznej zaczęła skłaniać się do poglądu, że bezpieczeństwo Rzeczypospolitej może zagwarantować jedynie stała obecność wojsk amerykańskich na naszym terytorium. Inaczej, że gwarancją pomyślności Polaków we własnym państwie pozostaje ów emblematyczny Fort Trump.

Wiadomo wprawdzie, że w polityce, także z przedrostkiem „geo”, obowiązują najprostsze, elementarne prawidła zdroworozsądkowe, a nawet podwórkowe, w rodzaju: „umiesz liczyć – licz na siebie”, „broń swoich interesów, bo nikt za ciebie tego nie zrobi”, „trzeba się umieć postawić”, „raz ustąpisz, już zawsze wsiądą ci na kark”. Mając jednak świadomość, że ostateczną instancją w tej sferze ludzkiej aktywności jest siła lub groźba jej użycia, a Polska zmarnowała ćwierćwiecze niezłej geopolitycznej koniunktury i na prawdziwą podmiotowość się niestety nie wybiła, byłem nawet skłonny (choć bez entuzjazmu) takie rozwiązanie zaakceptować. Gdy jednak pojawiły się wyraźne sygnały, że owa obecność militarna USA w Polsce jest uzależniona od realizacji majątkowych roszczeń żydowskich, dodajmy, roszczeń absolutnie nienależnych i na horrendalną, grożącą utratą narodowego dziedzictwa skalę, to rozbudzone wcześniej wśród części rodaków apetyty na ów przysłowiowy Fort Trump, odeszły raczej w siną dal.

Administracja amerykańska odwrócenie wektora tradycyjnie proamerykańskich sympatii u Polaków chyba zauważyła, tym właśnie tłumaczyłbym ostatnie pojednawcze gesty i wystąpienia ambasador Mosbacher. Ale to już zmartwienie Donalda Trumpa. Mnie bardziej idzie o to, żeby rządzące Polską kolejne ekipy wzięły sobie wreszcie do serca elementarne zasady prowadzenia polityki zagranicznej. Na początek warto byłoby przygotować przemyślaną, niebezalternatywną, więc wielowektorową strategię działania w interesie narodu polskiego i – co ważne – nie wbrew jego woli.

Narzędziem służącym realizacji własnych celów w relacjach z innymi państwami pozostaje dyplomacja, czyli resort spraw zagranicznych. Politykę kadrową, w tej przechowalni po Skubiszewskim i Geremku, trzeba prowadzić znacznie odważniej, bo do nowych zadań potrzebni są nowi ludzie. Stare, wciąż jeszcze popeerelowskie kadry (mocno zaznacza się tu zjawisko dynastyczności) prowadzą politykę, którą z większym uznaniem niż Polacy witają obywatele innych krajów i narodowości. To nie jest zdrowa sytuacja.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale