Gdy rozmowa z jakimś lewakiem zejdzie na temat publicznej edukacji w USA (i w innych krajach podobnie) to szybko zaczyna się toczyć według schematu:
Szkoły publiczne są beznadziejne – zamiast miejscami nauki są wylęgarniami gangów oraz centrami handlu narkotykami.
Istnieją szkoły prywatne – lub, tak się to w ameryce nazywa – czarterowe – czyli takie półprywatne, finansowane przez podatników – gdzie można dziecko przenieść aby je chronić przed patologiami. Niestety – większość ludzi na to nie stać.
Można by stworzyć system bonów oświatowych, przy pomocy których osoby niezamożne płaciłyby za naukę dzieci w szkołach prywatnych. Pomysły te jednak natrafiają na zaciekły opór lewaków. Podobnie też lewacy zwalczają idee szkół czrterowych – ostatnio burmistrz Nowego Jorku, de Blasio, wydał zakaz otwierania takich szkół w mieście.
Dlaczego lewica nie chce lepszych szkół? Bo – tak to tłumaczą – jeżeli najlepsze i najzdolniejsze dzieci uciekną ze szkół publicznych – wówczas poziom szkół publicznych, teraz zły, zrobi się zupełnie denny. Z tego powodu powinno się całkowiecie zakazać szkolnictwa prywatnego. Wszyscy mają iść do szkół publicznych. Ma być równość.
Oczywiście – równość po lewacku jest rozumiana specyficznie. Hilaria Clintonowa całe życie gardłowała za tym, że wszyscy mają posyłać dzieci do szkół publicznych – ale swoją córeczkę oddała do szkoły prywatnej. Tak samo jak prezydent Obama postąpił ze swoimi córkami. I tak samo jak wnuki Leszka Millera nie poszły do szkół publicznych. Tą listę można kontynuować w nieskończoność.
Lewica chce wprowadzić przymus posyłania dzieci do szkół publicznych – za oczywistość przyjmując, że ich własne dzieci będą z tego przymusu wyłączone. No bo co innego dzieci plebsu a co innego dzieci Dobrze Urodzonych.
O ile jednak łatwo, w imię równości, zakazywać szkół niepublicznych to trochę trudniej jest – w imię równości – zakazać rodzicom troski o swoje dzieci. Proszę pomyśleć: Jedni dzieci uczą czytać od małego, posyłąją na lekcje języków i mają w domach wielkie biblioteki – a inni nie. I dzieci tych pierwszych będą się rozwijać szybciej. Prawda? Ano prawda. Co z tym fantem zrobić?
Jakiś profesor z Uniwersytetu Warwick w Anglii twierdzi, że rodzice, którzy czytają dzieciom książki na dobranoc sprawiają, że będą miały przewagę nad innymi . I to jest nie fair. No, co prawda profesor (Wielki Łaskawca!) stwierdza, że nie jest zwolennikiem wprowadzenia zakazu czytania dzieciom przez rodziców – ale jednak uważa, że rodzice powinni brać pod uwagę to, że czytając pociechom książki pogłębiają nierówności społeczne.
Onże profesor przypomina, że już Platon sugerował, że dzieci powinne być odbierane rodzicom i wychowywane przez państwo – ale profesor przyznaje, że to jednak pomysł idący za daleko. Ale mimo wszystko posyłanie dzieci do lepszej szkoły absolutnie nie może być usprawiedliwione.
Natomiast, zdaniem profesora, czytanie dzieciom książek jeszcze ujdzie, pod warunkiem, że rodzice są świadomi, iż czyniąc to przyczyniają sie do pogłębiania niesprawiedliwości społecznych i wezmą to pod uwagę.
Obywatele: nie uczcie dzieci czytać ani pisać. W ten sposób zmniejszycie różnicę w wynikach w nauce pomiędzy najlepszymi i najsłabszymi dziećmi w szkole.
Inne tematy w dziale Polityka