71 obserwujących
318 notek
709k odsłon
2798 odsłon

Jeśli Kurdowie wytrzymają napór tureckiej armii.

Wykop Skomentuj76

Rozpoczęcie przez Turcję operacji nazwanej dość przewrotnie (niektórzy twierdzą, że cynicznie) „Gałązka oliwna” skłania wielu rosyjskich komentatorów do zadawania pytań o rolę i interesy Moskwy w całym przedsięwzięciu. Podążmy za ich tokiem rozumowania.

Przede wszystkim nikt chyba w Rosji nie wierzy, że Ankara zdecydowała się na zaatakowanie kurdyjskiej enklawy Afrin bez wcześniejszych konsultacji z Rosją. 18 Stycznia przebywała w Moskwie delegacja na czele, której stał szef sztabu tureckie armii Hulusi Akar a towarzyszył mu, kierujący wywiadem Hakan Fidan. Turcy spotkali się z rosyjskim ministrem obrony Szojgu i szefem sztabu rosyjskiej armii Gierasimowem. Ten ostatni w obszernym wywiadzie, którego pod koniec roku udzielił rosyjskim mediom mówił, że w kwestiach syryjskich Szojgu dwa razy dziennie składa raporty Władimirowi Władimirowiczowi. Trudno, zatem przypuszczać, aby i te rozmowy nie były bacznie obserwowane przez lokatora Kremla. Z przecieków wiadomo, że Rosjanie interesowali się przede wszystkim tym jak głęboko tureckie wojska mają zamiar wkroczyć w głąb syryjskiego terytorium. Przede wszystkim, dlatego, że zaatakowany kanton Afrin znajduje się w sferze działania rosyjskich sił nadzorujących sytuację w Syrii. Jakiś czas temu Rosjanie wysłali tam jednostki wykonujące zadania policyjne. Ale na kilka dni przed sobotnią deklaracją prezydenta Erdogana o rozpoczęciu „rozprawy” z Kurdami Rosjanie wycofali swoje oddziały ze stolicy kantonu kilkanaście kilometrów na południe. Oficjalnie po to, aby uniknąć zagrożenia ewentualnego starcia, ale zdaniem obserwatorów ten właśnie ruch ma świadczyć o tym, że Moskwa, choć zapewne bez entuzjazmu, to jednak zgodziła się na operację tureckiej armii. Dodatkowo komentatorzy wojenni zwracają uwagę na fakt, że nasilona aktywność tureckiego lotnictwa, które pierwszego dnia wykonało ponad 70 nalotów nie mogłaby odbywać się, gdyby Rosjanie kontrolujący przestrzeń powietrzną Syrii nie wyrazili na to zgody. Tego rodzaju sądy potwierdzają dość spokojna reakcja rosyjskiej dyplomacji. Otóż rosyjski MSZ podkreślił przywiązanie Moskwy do idei „integralności terytorialnej Syrii”, ale generalnie ton oświadczenia odczytany został, jako dość powściągliwy. Zwłaszcza, jeśli porównać go z ostrym stanowiskiem Iranu czy Egiptu, a nawet Francji, której minister spraw zagranicznych zażądał zwołania Rady Bezpieczeństwa ONZ. Na tego rodzaju tezy odpowiedział „dyplomatycznie” jego turecki odpowiednik Mevlut Cavusoglu, dowodząc, że Turcja przeprowadza operację wojskową skierowaną przeciw terrorystom a związku z tym, jeśli Paryż domaga się w tej sprawie reakcji społeczności międzynarodowej to stoi po ich stronie i obiektywnie rzecz biorąc wspiera aktywność terrorystów. Ciekawy dialog, zwłaszcza między państwami posiadającymi dwie najsilniejsze armie (nie licząc oczywiście USA) we wspólnym sojuszu wojskowym. W Moskwie niechybnie muszą zacierać ręce z zadowolenia. I tradycyjnie oficjalna Rosja o wszystko obwinia Waszyngton. W przywoływanym już przeze mnie wcześniej oświadczeniu rosyjskiego MSZ znalazły się tezy, iż to Stany Zjednoczone odpowiadają za zaostrzenie sytuacji, bo niedawno informowały o tym, że Kurdowie kontrolujący Rożawę przy ich pomocy (zarówno, jeśli chodzi o dostawy broni jak i pomoc szkoleniową) przystąpią do budowy 30 – tysięcznego korpusu mającego za cel chronić granicę z Turcją. To miało tak zdenerwować prezydenta Erdogana, że wydał rozkaz rozpoczęcia inwazji. Ciekawa to teoria, ale sami Rosjanie w mediach zwracają uwagę na fakt, że operację wojskową o tej skali przygotowuje się dłużej niźli kilka dni i z pewnością polityka Ankary nie jest reakcją na tego rodzaju deklaracje. Zwraca się przy tym uwagę na inny fakt, który umknął szerokiej publiczności. Otóż kilka tygodni temu prezydent Trump złożył deklarację o zaprzestaniu wspierania sił tzw. umiarkowanej opozycji w Syrii. Nie zaprzestano przy tym wspierania Kurdów. W praktyce tzw. umiarkowana syryjska opozycja to przede wszystkim siły pro-tureckie, o czym świadczy choćby to, że dziś ich formacje w liczbie, jak się podaje 30 tysięcy żołnierzy, walczą z Kurdami w zaatakowanym kantonie. Jednym słowem deklaracja Trumpa o wstrzymaniu finansowania winna być odczytywana, zdaniem Rosjan, jako ostrzeżenie wobec Turcji. Nie ulega też wątpliwości, że Amerykanie stoją wobec niezwykle trudnego zadania – połączenia wody z ogniem. Bo nie chcą i nie mają zamiaru rezygnować z wspierania Kurdów, ale z drugiej strony zależy im na utrzymaniu dobrych relacji z Ankarą. W trakcie niedawnego spotkania w kanadyjskim Vancouver poświęconemu polityce państw Zachodu wobec Korei Pn. odbyły się rozmowy szefa Departamentu Stanu i tureckiego ministra spraw zagranicznych. Ten ostatni w dość dobrym humorze mówił w mediach o relacjach z Amerykanami, co zdaniem komentatorów może świadczyć, że dostał zgodę od Waszyngtonu na przeprowadzenie operacji w Afrin. A dziś w Ankarze jest amerykańska delegacja, na czele, której stoi Jonathan Cohen, bliski współpracownik Tillersona. Będą rozmawiać o sytuacji po tureckim ataku i najprawdopodobniej Waszyngton da Turkom, już to de facto zrobił, zgodę na przeprowadzenie „ograniczonej operacji antyterrorystycznej”. Ale jednocześnie z niezapowiedzianą wizytą w wyzwolonej przez Kurdów z rąk ISIS Rakce przebywał stojący na czele United States Central Command generał Joseph L. Votel. Ten gest nie mógł być niezauważony przez Ankarę, tym bardziej, że po zeszłorocznym puczu w Turcji, to właśnie Votel oskarżony został przez Erdogana o to, że wspierał jego organizatorów.

Wykop Skomentuj76
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka