107 obserwujących
373 notki
1069k odsłon
  6209   0

Na Białorusi czystki wśród siłowików, ale Moskwa zaciska pętlę.

    Łukaszenka, 24 kwietnia, a zatem na trzy dni przed spotkaniem z Putinem, aresztował Andrieja Wtiurina w przeszłości szefa jego osobistej ochrony, który obecnie sprawował funkcję wice-szefa białoruskiej Rady Bezpieczeństwa. Oficjalnym powodem, tak przynajmniej informują media, było zachowanie „nie licujące” z godnością oficera. Chodziło ponoć o przyjęcie łapówki w wysokości 150 tys. dolarów. Ale wydaje się, że rzeczywiste przyczyny tego posunięcia leżą znacznie głębiej. Trzeba bowiem pamiętać, że szef białoruskiej Rady Bezpieczeństwa, generał Zaś jest oficjalnym kandydatem na szefa powołanej przez Rosję organizacji kolektywnego bezpieczeństwa państw wywodzących się z byłego ZSRR (ODKB). Kandydaturze białoruskiego wojskowego przeciwstawia się ponoć tylko Armenia, ale stopniowe słabnięcie pozycji jej porewolucyjnego premiera, może doprowadzić do tego, że opór w tym względzie opadnie i białoruski generał wyprowadzi się do Moskwy, gdzie znajduje się centrala organizacji. W takiej sytuacji, tak przynajmniej spekulowano, Wtiurin byłby żelaznym kandydatem na szefa organizacji i mógłby stać się głównym i formalnie i faktycznie białoruskim siłowikiem. Jego aresztowanie, zdaniem obserwatorów, jest dość dziwne. Przede wszystkim z tego powodu, jak zauważają, że sprawy łapówkarskie na Białorusi są przeprowadzane z dużym rozgłosem. Organizowana jest pokazucha, trąbią o tym media, a Łukaszenka lubi przy takich okazjach ogłaszać, że nikt nie jest świętą krową i każdy łapówkarz znajdzie się za kratami. Ale w tym przypadku nic takiego nie miało miejsca. Wtiurina zamknięto po cichutku i bez rozgłosu wydając tylko lakoniczny komunikat o odwołaniu go z funkcji. Ostatnie informacje, jakie napływają z Białorusi, a piszę to w kilka godzin po opublikowaniu tego tekstu, wskazują, że może chodzić o przygotowywanie spisku wymierzonego w Łukaszenkę.

    Wydarzenia to zbiega się z odwołaniem rosyjskiego ambasadora w wyniku osobistej rozmowy Łukaszenki i Putina, co nakazuje przyjrzenie się całej sprawie z większą uwagą. Ale warto zacząć od tego, jaką ekipę ściągnął do ambasady Babicz, bo to da nam lepszy obraz na czym mogła polegać „inna” aktywność ambasadora. Na początku kwietnia napisał o tym białoruski portal tyt.by, ale zdaniem rosyjskich komentatorów informacje jakie znalazły się w tym artykule pochodzą z białoruskich służb specjalnych i są wynikiem kontrolowanego przecieku. Tym bardziej warto się z nimi zapoznać. Zastępcą i doradcą Babicza był Aleksiej Suchow, oficer GRU i dyplomata, który za czasów kiedy ambasador pracował w rosyjskim Okręgu Nadwołżańskim, nadzorował tamtejsze struktury siłowe. Pierwszym sekretarzem w rosyjskiej ambasadzie został Andriej Klincewicz, prywatnie syn deputowanego Franza Klincewicza. Obydwaj panowie, ojciec w większym stopniu, ale syn tez był aktywny „na tym odcinku” wsławili się swą aktywnością na Krymie przed rosyjską aneksją. Obydwaj dostali za swe zasługi od Putina dyplomy uznania. Na Kremlu doceniono ich wkład w „rosyjską wiosnę” na Krymie. Młody Klincewicz był też osobą, która nadzorowała w Jednej Rosji młodzieżowe kluby patriotyczne „Młodej Gwardii” i zanim jeszcze „poszedł w dyplomaty” przyjeżdżał na Białoruś i wizytował szkoły kadetów. Trzeba też pamiętać, że młody Klincewicz jest oficerem specnazu.

    Inny z „dyplomatów” Babicza, to Władimir Andriejew, który, oczywiście przypadkowo, wcześniej dał się poznać również na Krymie. Był tam, jeszcze w czasach przed aneksją rosyjskim konsulem. W 2013 roku publicznie skrytykował on wyemitowany film poświęcony deportacji, w czasie i po II wojnie światowej, Tatarów Krymskich. Jego zdaniem w dokumencie nie dość jasno przedstawiono fakt, że Tatarzy to faszyści, którzy współpracowali z Hitlerem. Wybuchł skandal, od słów swego przedstawiciela dyplomatycznego odciął się rosyjski MSZ. I tu stała się rzecz ciekawa. Otóż Andriejew oświadczył publicznie, że stanowisko rosyjskiego MSZ-u jest „bezradne, głupie i przynoszące hańbę”. Po czym musiał opuścić placówkę, przed która demonstrowali rozzłoszczeni Tatarzy, ale po swych słowach nie stracił pozycji w rosyjskiej dyplomacji. Wrócił do Moskwy i pracował w charakterze zastępcy szefa departamentu który zajmuje się „nowymi zagrożeniami”, co w Rosji oznacza głównie terroryzm. Kolejnym „dyplomatą” który przyjechał do Mińska jest Kirił Koliuczkin, który tez przypadkowo pracował wcześniej na Ukrainie. W 2014 roku był tam attaché wojskowym, został złapany na gorącym uczynku, kiedy przejmował materiały ukraińskich służb specjalnych opatrzone gryfem „ściśle tajne” od jednego ze swych agentów. Został uznany za persona non grata i musiał wyjechać z Kijowa. Jak donosi białoruski portal na listę osób prowadzących wrogą działalność wobec Ukrainy, wpisano jeszcze dwie osoby pracujące obecnie w rosyjskiej ambasadzie w Mińsku – są to Konstantin Gusiew i Władimir Marasjew. Obydwaj to, zdaniem ukraińskich źródeł, oficerowie wywiadu.

Lubię to! Skomentuj30 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka