Przez 44 lata PRL-u wmawiano nam, że to wielkie zwycięstwo warte jest hucznego świętowania 9-go maja i dozgonnej wdzięczności Związkowi Radzieckiego, naszemu starszemu bratu ("przyjaciół się wybiera" - wykpiwano tą nagłaśnianą więź rodzinną). Z czasem gdy Sowiety chyliły się ku upadkowi zaczęto podważać oczywistość tego zwycięstwa i oceniać jego skutki. A te skutki w latach 80-tych dla Polski nie były zbyt sympatycznie odczuwane. Po upadku soclagra i odzyskaniu niepodległości prawie mainstreamowa stała się opinia, że II wojna światowa zakończyła się dla Polski klęską gorszą niż dla jakiegokolwiek sojusznika Niemiec - zrujnowany gospodarczo kraj, przesunięcie terytorialne i strata 2 z 5 głównych miast, zamordowana większość elity intelektualnej i co najgorsze - utrata niepodległości wobec obcego kulturowo i cywilizacyjnie mocarstwa.
Z punktu widzenia orwellowskiej kombinacji lat 1948-1984 to wszystko prawda. Jednak wszystkie, nawet najbardziej wydawało by się stabilne rozwiązania, stałymi na zawsze nie są - przecież "panta rhei". Jedne wolniej, drugie szybciej. ZSRR skoro nie zdołał opanować całego świata, jak to sobie wyobrażono w jego herbie, musiał w końcu kiedyś upaść. Jego upadek przyspieszył jeden ze skutków "zwycięskiej" dla niego II wojny - zbyt wiele narodów podbił i jak żarłoczny potwór - po prostu ich nie strawił. Takim kamieniem w żołądku stali się dla potwora sowieckiego Polacy - niezwykle jak na swoje tradycje zorganizowanie i pokojowo zbuntowali się w 1980 r. siejąc początek fermentu. Gorzej - pokazali zaciekłemu wrogowi Sowietów, jakim był właśnie wybrany Prezydent Stanów Zjednoczonych - sposób na rozłożenie socłagra. Sowiety zostały zmuszone do pieriestrojki Gorbaczowa dzięki sukcesom dwóch równoległych sojuszów Reagana - z Papieżem Polakiem i arabskimi szejkami naftowymi. Ten drugi był możliwy po zrealizowaniu się podstępnego planu Zbigniewa Brzezińskiego wciągnięcia ZSRR do konfliktu afgańskiego. Gdyby Polska nie została sowiecką satrapią w 1945 roku, to ojciec Brzezińskiego prawdopodobnie wrócił by z rodziną do Ojczyzny i ten nie został by doradcą ds. bezpieczeństwa najgroźniejszego wroga ZSRR.
W 1989 r. mieliśmy w prawdzie zrujnowaną gospodarkę i zdemoralizowane społeczeństwo, ale też pozytywy w porównaniu z przedwojenną Polską: korzystniejsze położenie geograficzne, brak znaczących mniejszości narodowych i konfliktów granicznych z sąsiadami. To wszystko są skutki II wojny światowej i decyzji jej zwycięzców. Dodajmy do tego dumę narodową z powodu godnego przeżycia okupacji hitlerowskiej ("żadnego Quislinga, ani żadnych sojuszniczych z nazistami oddziałów wojskowych", największe powstanie, najliczniejsza podziemna armia, itd.")
A mogło przecież być znacznie gorzej - mógł Stalin zabrać Kresy, nawet z Pieriemyśl i Chełm włączyć do Ukraińskiej SSR, Białystok do Białoruskiej, a Suwałki do Litewskieh SSR, nie dzielić się z PRL Prusami Wschodnimi i nie dać nic na zachód od granicy Rzeszy - albo z sprzed 1939, albo nawet 1939-41 z Gubernatorstwem. I co by mu kto zrobił w 1945 ? Albo później - im dalej od końca II wojny, tym był potężniejszy - już w 1949 wyprodukowano sowiecką bombę atomową. W takim getto jakim była by PRL bez ziem zachodnich trudniej było by się radośnie i mądrze, jak w siepniu'80, buntować. Ale i rozwijać się, żyć...
Reasumując, ani zwycięstwo, ani wielką klęska, a niekorzystne dla nas rozstrzygnięcie wojny, która zaczęła się o Polskę (jako pretekst), ale mogło być znacznie, znacznie gorzej.
Uświadomiła mi to lektura książki Marcina Wolskiego "Alterland", którą mi zresztą polecił ktoś na salonie24, pod jedną z moich notek w stylu historii alternatywnej (chyba pod "Z Hitlerem na Stalina").
________________________________________________________________________
Zupełnie poza tematem notki, w tej książce wydanej w 2003 roku był taki fragment:
"7 lipca - dokładnie w czasie, kiedy rodzina Rawskich zwiedzała Plazza San Marco w Wenecji, podchodzący do lądowania w Jałcie samolot TU-154 (model specjalny), targnięty nagłym porywem wiatru, wypadł z pasa i eksplodował. Tak przynajmniej podano w oficjalnym oświadczeniu agencji TASS. Identyczną wersję przedrukowały wszystkie dzienniki świata. W podobnym brzmieniu przekazywały wiadomość, przerywając w pół słowa programy, główne stacje telewizyjne. Bo i była to istotnie Katastrofa Stulecia., fatalnym tupolewem podróżowała bowiem całaradziecka "wierchuszka" - gensek Breżniew, premier Kosygin, ideolog Susłow, szef Armii Radzieckiej - Ustinow, wiecznie "drugi" Czernienko...
Czy był to przypadek, czy zaplanowany zamach? Speckomisja, badająca sprawę, nigdy nie ogłosiła rezultatów śledztwa. Nie wyjaśniono nawet, dlaczego, wbrew procedurom bezpieczeństwa, aż tylu członków ścisłego kierownictwa leciało jednym samolotem. Ludowa plotka uparcie powtarzała bajkę o pijanym Lońce, który osobiście uparł się zasiąść za sterami TU-154".





Komentarze
Pokaż komentarze (32)