129 obserwujących
143 notki
997k odsłon
  1231   0

Doinformowujemy Jarosława Kaczyńskiego – ZAPIS ZARAZY – czyli jak sprowadzano respiratory!

W 1991 CIA poprosiła Gromosława Czempińskiego, ówczesnego zastępcę szefa Zarządu Wywiadu UOP, o dostarczenie dużego ładunku broni do Afganistanu. Nie było w tym nic dziwnego, bo w tamtym czasie nasz wywiad, a właściwie nasze rezydentury, w wielu „egzotycznych” miejscach, na przykład w Bejrucie czy Hawanie, realizowały zadania na rzecz wywiadu amerykańskiego. W tych i wielu innych państwach Polska nie prowadziła wielkich interesów, ale miała solidne rezydentury, na które – w przeciwieństwie do rezydentur CIA – miejscowe służby nie zwracały specjalnej uwagi. A jednak w tym wypadku prośba Amerykanów była nieszablonowa – o tyle nietypowa, co zrozumiała. Poprosili bowiem, by operacja została przeprowadzona z pominięciem pośrednictwa Centrali Handlu Zagranicznego. Chodziło o to, że CHZ był opanowany przez II Oddział Sztabu Generalnego i WSW, oficerów po kursach w KGB i GRU, którym ze zrozumiałych względów CIA nie ufała. Amerykanie obawiali się – słusznie – że o dostarczaniu broni mudżahedinom dowiedzą się Rosjanie. W tej sytuacji Czempiński wybrał jedną z firm działających pod przykryciem, gwarantującą konspirację, formalnie należącą do Leszka Cichockiego: NAT Export-Import. Miał zaufanie do Cichockiego, który był jego podwładnym w Departamencie I w wydziale kontrwywiadu zagranicznego, po drugie NAT Export-Import handlowała z państwami azjatyckimi, więc kontenery odprawiane dla tej firmy nie wzbudzały podejrzeń. W ten sposób wyeksportowano do Afganistanu polską broń i sprzęt za około 100 milionów dolarów, za którą formalnie zapłacił amerykański Departament Stanu. Czy można było przewidzieć, że tamto wydarzenie stanie się pierwszym ogniwem w łańcuchu zdarzeń, które wiele lat później doprowadziły w Polsce do afery z respiratorami i którego także ta historia jest teraz częścią?


Operacja w Afganistanie uzmysłowiła ludziom na wysokich stołkach, że zakładanie małych firm, które miałyby zajmować się obrotem specjalnym, czyli mówiąc po ludzku handlem bronią, to świetny pomysł. Uznano, że takie firmy – z czystą kartą, umiarkowanym ryzykiem dekonspiracji i przede wszystkim, w przeciwieństwie do Bumaru czy Centrali Handlu Zagranicznego, działające nieoficjalnie, na podrabianych dokumentach ostatecznego przeznaczenia lub końcowego użytkownika, sporządzanych w Wydziale do spraw Legalizacji Zarządu Wywiadu – to sposób na osiągnięcie wielkości. Szkopuł w tym, że wywiad cywilny w tamtym czasie przypominał przeciekający okręt. Informacje o pomyśle momentalnie dotarły do ludzi na wysokich stołkach w Wojskowych Służbach Informacyjnych, a pomysł spodobał się na tyle, że postanowili pójść jego tropami. W krótkim czasie WSI powołały do życie dziesiątki spółek handlujących bronią, jak „Cenrex”, „Steo” i wiele innych założonych przez oficerów czy współpracowników WSI i rozpoczęło działalność pod przykryciem. Janusz Onyszkiewicz, ówczesny minister obrony, wydał wewnętrze zarządzenie, zgodnie z którym pieniądze uzyskane z nielegalnego handlu bronią mogły zasilać fundusz operacyjny, a tym samym gigantyczne kwoty zostały wyłączone z jakiejkolwiek kontroli budżetowej. Doprowadziło to do sytuacji, w której dwie polskie służby specjalne, cywilne i wojskowe, zaczęły ze sobą rywalizację o kontrahentów. Można o tej rywalizacji, prowadzonej na brudnym rynku handlu bronią, powiedzieć absolutnie wszystko, tylko nie to, że była to czysta gra. Walka o kontrahentów pomiędzy WSI, a wywiadem cywilnym „odrodzonej Polski” w uproszczeniu sprowadzała się do wzajemnego kablowania na siebie i podkładania nogi wszędzie tam, gdzie tylko to było możliwe. Wszczynane tu i ówdzie śledztwa – które co prawda spowalniały działania konkurencji, ale ich efekt procesowy był zerowy, bo finalnie i tak ukręcano im łby – czy ujawniane przez media wpadki dotyczące handlu bronią były wynikiem właśnie tej rywalizacji i wzajemnych „przecieków kontrolowanych”. Poza śledztwami bez finału skutek przecieków był taki, że skompromitowane spółki wywiadu cywilnego i WSI musiały znikać z rynku – jedne na zawsze, inne tylko na jakiś czas, ale by podtrzymać ciągłość dostaw, w ich miejsce konkurujące ze sobą dwie polskie spec służby wprowadzały nowe spółki, z czystą kartą, przejmujące kontrakty lub przykrywające działalność poprzedników. I tak właśnie powstała lubelska firma E&K – późniejszy dostawca respiratorów dla ministerstwa Łukasza Szumowskiego.


Nie była to pierwsza spółka założona przez Andrzeja Izdebskiego. Wcześniej, już w 1990, została zarejestrowana Joy Company Ltd., skompromitowana później aferą z czeskim semtexem, określanym potocznie jako „czeski plastik”. Z tą firmą wywiad od początku miał same kłopoty. Już pierwsza transakcja, którą miał zrealizować Izdebski, omal nie zakończyła się jego śmiercią. Chodziło o sprawę dostaw broni z radomskiego Łucznika dla Iraku. Sprawa była śliska i groziła potężnymi konsekwencjami międzynarodowymi. Było to po pierwszej przegranej przez Irak wojnie z międzynarodową koalicją, w której Polska opowiedziała się po stronie Stanów Zjednoczonych i reszty koalicjantów. Nie trzeba wyobraźni wyrabiającej nadgodziny, by zrozumieć konsekwencje wynikające z odkrycia faktu dostarczania reżimowi Saddama Husajna broni przez Polaków. Amerykanie rozpracowaliby to z zamkniętymi oczami. Raz dwa doszliby, że stoi za tym polski wywiad i kto wie, co byłoby dalej. A jednak mimo ryzyka ktoś na górze zdecydował, że pecunia non olet i gra jest warta świeczki. Zlecenie na zakup dwóch tysięcy AK-47 i prawie miliona sztuk amunicji Izdebski dostał od Irakijczyka mieszkającego w Niemczech i operującego w całej Europie – człowieka omnibusa, który w Polsce zaczynał od interesów z generałami Czempińskim i Jasikiem, do dziś robi interesy z ważnymi ludźmi skupionymi wokół obecnej ekipy rządzącej, historia na oddzielną opowieść – kupował broń nie tylko w Polsce, ale wszędzie, gdzie tylko się dało. I dostarczał ją nielegalnie nie tylko do Iraku, ale wszędzie, gdzie tylko się dało – między innymi organizacjom terrorystycznym w Libanie i Jordanii. Izdebski przedstawił sfałszowane świadectwo końcowego użytkownika wystawione na rząd Sri Lanki, ale tego kitu nie kupiłby nawet mój kot, więc nie dziwne, że nie kupili go w ministerstwie. Po prostu Polacy nigdy wcześniej nie wysyłali do Sri Lanki takiego uzbrojenia. Oczywiście, zawsze musi być ten pierwszy raz, niemniej taka „premierowa” na tym odcinku transakcja wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie i choć twardych dowodów na oszustwo nie było, dokument, a priori, uznano za falsyfikat. Izdebski nie miał wyboru, bo sprawy zaszły za daleko. Gdy więc Warszawa nie wydała zgody na wysłanie broni na Cejlon, Izdebski nawiązał kontakt z Korsykaninem Patrickiem Castellim, przedstawicielem mafii korsykańskiej Brise de Mer, jednej z najpotężniejszych organizacji przestępczych ma świecie działającej we Włoszech, Francji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Castelli za sowitą opłatą zgodził się sporządzić nowe kwity i na tej podstawie dostarczyć co trzeba i komu trzeba. Castelli dotrzymał słowa. Jako ostatecznego odbiorcę tym razem wskazano Burkina Faso. Nie musiałem się zastanawiać, jak to się stało, że w polskim ministerstwie, które ostatecznie wydało zgodę na eksport kałasznikowów z Łucznika do Burkina Faso, nikomu nie przyszło do głowy, że Izdebski tak szybko znalazł nowego odbiorcę – chwilę po tym, jak odmówiono mu eksportu do Sri Lanki. Świat mafii i służb specjalnych jest ogromny i pełen krętych dróg. Tak czy inaczej, Arabowie dostali to, czego chcieli i odebrali broń w październiku 1991. I gdy wydawało się, że sprawa znalazła finał, do gry weszła konkurencja wywiadu cywilnego – Wojskowe Służby Informacyjne.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości