119 obserwujących
126 notek
935k odsłon
4274 odsłony

WSZYSCY LUDZIE DONALDA TUSKA - „TO TYLKO MAFIA” (4)

Wykop Skomentuj22

- Kto najczęściej bywał w biurze pracownika wywiadu Wiktora Kubiaka w Marriotcie? - Donald Tusk, Janusz Lewandowski, Jan Krzysztof Bielecki, Paweł Piskorski, cała późniejsza polityczna elita. Było to w 1989, a już w styczniu 1991 prezydent Wałęsa powołał rząd Bieleckiego. Bez pieniędzy Kubiaka i „pułkowników” nie byłoby ani tego rządu, ani późniejszych spektakularnych karier większości z tych polityków. To z jednej strony pieniądze od Niemców, ale też pieniądze Kubiaka i wywiadu wojskowego pozwoliły na wykreowanie całego ugrupowania, tego sztucznego politycznego establishmentu, który wywierał decydujący wpływ na polską politykę przez następnych kilkadziesiąt lat.                                                                                                                                                   

PRZYSŁUGA ZA PRZYSŁUGĘ                                                                                                                                      To „pułkownicy” i Wiktor wyciągnęli ich z politycznego niebytu czy co najmniej z marginesu i stali się fundamentem powstania Kongresu Liberalno-Demokratycznego, z którego potem powstała Unia Wolności i dalej Platforma Obywatelska. We wszystkich przypadkach to byli ci sami ludzie. Takie są fakty, które nie wymagają interpretacji, bo są, jakie są. Oczywiście w tej rzeczywistości nie było sentymentów, obowiązywała zasada – przysługa za przysługę. Wiktor bardzo szybko wystawił rachunek swoim podopiecznym. Kiedy Ministrem do spraw Przekształceń Własnościowych został Janusz Lewandowski, obecny europoseł, musiał powołać swojego niedawnego promotora na stanowisko doradcy do spraw prywatyzacji. Kubiak i przede wszystkim „pułkownicy” zdyskontowali tę nominację na wszelkie możliwe sposoby. Słyszałem od Paradowskiego, że zrobili na tym wiele świetnych interesów. Z wyprzedzeniem poznawali plany prywatyzacyjne i szereg innych tajemnic, a taka wiedza miała konkretny wymiar finansowy. Nie byle jaki wymiar. – Mówisz w czasie przeszłym? Przecież z takich układów nigdy się nie wychodzi. To dożywocie. – Fakt. Koniec końców Kubiak źle skończył. Powstał jakiś problem w rozliczeniach z „pułkownikami” i w efekcie zdjęli z niego parasol ochronny, bez którego błyskawicznie popadł w problemy z prokuraturą. Dalej, bez wsparcia „pułkowników”, to już była równia pochyła. Po klęsce „Metra” na Broadwayu zadłużył się u „Pershinga” i Bagsika, ale próbował jeszcze odbić się od dna przy „Zielonym Bingo”. Prosili go o to koledzy od Tuska i Bieleckiego z KLD, którzy po krótkim okresie pierwszej prosperity w kolejnej kadencji nie dostali się do Sejmu. Na chwilę trafili do „zamrażarki” i znów potrzebowali pieniędzy. By temu sprostać, nie mając zaplecza „pułkowników”, Kubiak wszedł w układ finansowy z Pokorskim. Gdy Urząd Ochrony Państwa zlikwidował nam „Zielone Bingo” i Paradowski uciekł do Stanów Zjednoczonych, przestałem utrzymywać kontakty z Kubiakiem. Zwyczajnie nie było już po co.                   

BIESIADY Z BALCEROWICZEM                                                                                                                                      – Skoro już poruszyłeś ten temat – byliście przecież poukładani z „pułkownikami”. Jak to możliwe, że UO zamknął wam „Zielone Bingo”? – Dobre pytanie: dlaczego? Ale jest ważniejsze: kto na tym zyskał i kto mógł do tego doprowadzić? By znaleźć odpowiedź, trzeba pamiętać, że w zasadzie wszyscy z zarządu „starego Pruszkowa” w PRL - u chodzili na pasku służb specjalnych. W zamian za immunitet bezkarności wykorzystywano ich jako „nieznanych sprawców”: kogoś zmiękczyć, zastraszyć, uciszyć. Bywało, że niekiedy „na amen”. Tak to się odbywało. W „wolnej Polsce” zmieniło się o tyle, że „starym” dano więcej swobody: haracze, tiry, tysiąc innych rzeczy – proszę bardzo. Ale od całej reszty wara. W pewnym momencie „starzy” poczuli się jednak mocni, a że zawsze było im mało, połasili się na – jak sądzili – łatwy łup. Tak zrodziło się „Zielone Bingo”. Plan przedstawiony przez Pokorskiego i Paradowskiego był prosty i zakładał otwarcie na Śląsku loterii – gry losowe plus działalność związana z ochroną środowiska. Angażując „Zielone Bingo” w ekologię, zyskiwaliśmy zwolnienie z podatku dochodowego, a jednocześnie, mając takie, a nie inne koneksje, gigantyczną dotację z Ministerstwa Ochrony Środowiska. Wszystko niezależnie od zakładanych zysków i dotacji rządowych, które mieliśmy załatwione już wcześniej. Dla uczestników loterii, na wygrane, przeznaczyliśmy trzy procent z zakładanych zysków, reszta miała być dla nas i to bez dzielenia się z „zielonymi”. Interes zapowiadał się znakomicie, w ogóle nie zakładano, że coś pójdzie nie tak. Całość zorganizowali Paradowski, Pokorski i Stanisław Marzec, biznesmen z Gdańska, ciekawa postać. Przypisywano mu szereg przestępstw, ale większość grzeszków uszła mu na sucho. Dorobił się, podobnie jak Pokorski, na przemycie alkoholu i papierosów. Przechwalał się przed „starymi”, że wprowadził na teren Polski ponad pół tysiąca ciężarówek z trefnymi papierosami i alkoholem. Operował z Hamburga, gdzie miał firmę przewozową. Niesłusznie policja wiązała go z Nikodemem Skotarczakiem „Nikosiem”, bo prawda była taka, że „Nikoś” przy nim to był cienki Bolek. Pamiętam, jak Marzec wyśmiewał się z niego, z jego wady wymowy, a „Nikoś”? Stał obok i tego słuchał, tylko się czerwienił, głupkowato uśmiechał i nawet nie pisnął. Widywałem waleczniejsze owce.                                                                 

Wykop Skomentuj22
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka