Na polskich budowach w ciągu roku ginie zdecydowanie więcej robotników niż w tym samym czasie w kopalniach, każdego weekendu mamy więcej zabitych na drogach niż w ciągu roku (albo i dwóch) w wypadkach górniczych. Itd. Skąd więc ta dziwna fascynacja śmiercią "na kopalni"? Śmiem twierdzić, że gdyby w jakiejś fabryce chemicznej nastąpiła eksplozja zabijająca 20 pracowników to co prawda byłby to news nr jeden (choć nie wszędzie) ale poświęcono by mu 2, góra 3 minuty a potem jechano by dalej z koksem codziennych, standardowych wiadomości.
Myślę, że źródłem owej dziwnej fascynacji wypadkami w górnictwie jest nasza przeszłość. W latach 50ch górnik był żołnierzem walki o komunizm. Każda wydobyta tona węgla miała być policzkiem wymierzonym imperialistycznym bestiom czyhającym na wolność klasy robotniczej. W okresie gierkowskim górnik urósł jeszcze bardziej. Specjalne sklepy, ekskluzywne (jak na tamte czasy) ośrodki wczasowe oraz inne luksusy czyniły zeń nadczłowieka w świecie poniżanych przez komunę podludzi. Górnik ustępował tylko pracownikowi MSW oraz MON.
Czasy się zmieniły a irracjonalne przywiązanie do węglowych bitew i ich ofiar pozostało.
Dla jasności: współczuję rodzinom oraz przyjaciołom ofiar. Ale nie zatracajmy w tym wszystkim zdroworozsądkowej zdolności oglądu. Gdybyśmy chcieli tak, jak górników traktować wszystkich innych nie robilibyśmy niczego innego tylko oddawali cześć i oglądali w TV relacje z miejsc rozmaitych tragedii.
10:50,Galba




Komentarze
Pokaż komentarze (1)