Za kandydaturą Wrocławia stanęło szerokie grono: naukowcy, przedsiębiorcy, samorządowcy, parlamentarzyści z różnych stron sceny politycznej, łącznie z posłem PiS Pawłem Hreniakiem. Aglomeracja Wrocławska ściągnęła przed kamery blisko 50 przedstawicieli lokalnych władz, żeby wspólnie postawić na Wrocław. Kto natomiast nie udziela bezpośredniego wsparcia? Wiceminister rozwoju i technologii Michał Jaros — poseł z Wrocławia, szef dolnośląskich struktur Koalicji Obywatelskiej i — co pikantne — to właśnie w jego resorcie toczą się kluczowe rozstrzygnięcia w sprawie ESA.
Jaros tłumaczy się obowiązkiem neutralności. „Jako poseł z Wrocławia popieram ten projekt, ale jako minister muszę zachować neutralność" — mówił „Gazecie Wrocławskiej". Gdzie indziej deklarował, że jest „całym sercem za kandydaturą Wrocławia", ale nie chce faworyzować żadnego z miast. Brzmi to jak podręcznikowe zachowanie odpowiedzialnego ministra. Problem w tym, że polityka to nie podręcznik.
Paweł Hreniak mówił wprost: lobbing — w pozytywnym tego słowa znaczeniu — prowadzony przez ministra z danego miasta nie jest niczym złym. Trudno się z tym nie zgodzić. W kuluarach dolnośląskiej polityki krążą zresztą dalej idące interpretacje: że Jaros po prostu nie ma realnej decyzyjności w sprawie ESA, albo że jego relacje z dolnośląskim samorządem — dziś zdominowanym przez politycznych konkurentów — są na tyle chłodne, że nie zamierza inwestować swojego kapitału politycznego w sukces, z którego skorzystaliby inni.
Wieloletnia obecność w polityce z serią porażek
Michał Jaros, pochodzący z Aleksandrowa Kujawskiego, zasiada w Sejmie nieprzerwanie od 2007 roku. Biografia imponująca na papierze, tyle że obfitująca w epizody, które trudno uznać za sukcesy.
W 2013 roku postawił na Jacka Protasiewicza w brutalnej walce o przywództwo w dolnośląskiej PO. Protasiewicz, z poparciem Tuska, pokonał Schetynę na zjeździe w Karpaczu. Krótko potem „Newsweek" opublikował nagrania sugerujące, że za głosy na Protasiewicza obiecywano posady w radach nadzorczych. Jaros został zawieszony w prawach członka partii i objęty postępowaniem dyscyplinarnym. Sam konsekwentnie zaprzeczał, żeby komukolwiek obiecywał pracę — sprawa nie zakończyła się formalnym wyrokiem.
W 2016 roku przeszedł z PO do Nowoczesnej. Z jej ramienia chciał startować na prezydenta Wrocławia w 2018 roku — ale zarząd krajowy Nowoczesnej cofnął mu poparcie i oddał je Jackowi Sutrykowi. Jaros wrócił do PO-KO z podwiniętym ogonem.
W 2024 roku znów ruszył po prezydenturę Wrocławia, tym razem z ramienia KO. Miał poparcie regionalnych struktur KO, Zielonych i Nowoczesnej. Partia ostatecznie nie zarejestrowała go jako kandydata i nie poparła nikogo innego. Potem spróbował jeszcze zostać marszałkiem dolnośląskim — sejmik odrzucił go stosunkiem 12 do 21. Marszałkiem został Paweł Gancarz z PSL, wybrany głosami m.in. radnych PiS.
Pyrrusowe zwycięstwo
W marcu 2026 roku Jaros wygrał walkę o szefostwo dolnośląskiej KO, pokonując wicemarszałek Sejmu Monikę Wielichowską — 949 do 943. Sześć głosów przewagi. I nawet to nie obyło się bez kontrowersji.
W lokalu wyborczym we Wrocławiu, za którego organizację Jaros odpowiadał jako szef regionu, w urnie znaleziono więcej kart niż oficjalnie wydano. Głosy liczono od nowa. Wielichowska zaskarżyła wynik do Krajowej Komisji Wyborczej, zarzucając brak tajności głosowania i agitację w lokalu. OKO.press opisywało kuriozalne detale organizacyjne — w roli kabin wyborczych występowały kartonowe przegrody z dyskontu.
Niemal w tym samym czasie wybuchła tzw. „afera kłodzka". Sąd w Świdnicy skazał Przemysława L. na 25 lat za pedofilię i zoofilię, a jego żonę Kamilę L. — działaczkę kłodzkiej KO, kandydatkę do rady miejskiej — na 6,5 roku za nieudzielenie pomocy małoletniej ofierze i czyny zoofilskie. Kobieta pojawiała się na zdjęciach z Wielichowską i Siemoniakiem. Sprawa uderzyła wizerunkowo w całą Koalicję Obywatelską, choć pierwsze zarzuty wobec Kamili L. padły już w czerwcu 2023 roku — na długo przed wojną o Dolny Śląsk. W mediach lokalnych pojawiły się sugestie, że to ludzie Jarosa nagłośnili sprawę kłodzką, żeby podciąć Wielichowską. Twardych dowodów na to nie ma, ale w dolnośląskiej polityce niewielu traktuje to jako czysty przypadek.
Co to wszystko znaczy dla ESA i samego Wrocławia
Te wszystkie wątki układają się w obraz polityka doświadczonego, ale ciągnącego za sobą długi ogon wewnątrzpartyjnych wojen i przegranych bitew. W sprawie ESA jego pozycja jest dwuznaczna: oficjalnie — życzliwa neutralność. Nieoficjalnie? Może nie mieć ani wystarczających możliwości, ani motywacji, żeby angażować się w sukces, który wzmocni jego rywali w regionie.
Oczywiście, decyzja o lokalizacji centrum ESA zależy od wielu czynników — ekspertyz agencji, argumentów infrastrukturalnych, równowag koalicyjnych. Ale jedno jest pewne: sposób, w jaki Jaros zachowuje się w tej sprawie, wyborcy zapamiętają. Zarówno ci w regionie, jak i w jego własnym okręgu.
Zdjęcie z facebooka Michała Jarosa



Komentarze
Pokaż komentarze (1)