Donald Trump nie potrzebuje Duńczykom grozić, o coś ich prosić, za coś im płacić. Potrzebuje przebazować do bazy Pituffik pięć myśliwców F-35 i ich obsługę. Takie przebazowanie na Grenlandię przećwiczono na manewrach NORAD dwa lata temu.

W stolicy Grenlandii, Nuuk, jest obecnie, u szczytu arktycznej zimy, około pięć godzin światła dziennego na dobę. Dwie godziny przed świtem, jeden nieuzbrojony F-35 nurkuje z prędkością 1,2 Macha nad budynkiem dowództwa duńskich wojsk polarnych w Nuuk.

Grom dźwiękowy i towarzysząca mu fala uderzeniowa wydmuchują wszystkie szyby w budynku. Zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć okiem, samolot przechodzi na wznoszenie i znika w niskich chmurach. Na ekranach radarów pusto - F-35 był w konfiguracji bojowej, bez zamontowanych reflektorów radarowych.
Telefon z Kopenhagi do Pentagonu przynosi oburzone zaprzeczenie zarzutom jakoby amerykańskie lotnictwo tłukło szyby sojusznikom. "Macie jakieś dowody, że to my?" pyta zirytowanym głosem sekretarz wojny Pete Hegseth. "Nie? To zadzwońcie, jak będziecie mieli".
Duńskie ministerstwo obrony narodowej wysyła samolot transportowy ze szkłem i ekipą emontową, szklarze pracują przez tydzień na trzy zmiany. Praca dowództwa w Nuuk jest całkowicie zdezorganizowana, bo co prawda w dzień jest –8 stopni, ale nocą minus piętnaście, więc w budynku bez oszklenia jest mało przytulnie, a wszystkie rury wodociągowe i kanalizacyjne zamarzły. Ekipa remontowa kończy pracę i odlatuje wojskowym transportowcem do Kopenhagi.
Sześć godzin po odlocie ekipy niezidentyfikowany samolot nurkuje nad budynkiem z szybkością ponaddźwiękową. Znowu lecą wszystkie szyby, samolot znika w nocy i zamieci jak widmo.
Premier Danii podnosi słuchawkę:
– Donald?
– Tak, to ja. Pogadamy?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)