
Jeśli Eurostat zakwestionuje polskiego wyniki spisu powszechnego 2011 na wniosek brukselskiego urzędu antykorupcyjnego OLAF, czyli unijnego CBA, to proszę pamiętać, że tekst poniżej napisalem jeszcze w 2007 roku:
http://wtemaciemaci.salon24.pl/16906,make-my-day
Wedle powszechnie akceptowanego znaczenia słowa "emigrant" w języku polskim, emigrant to jest ktoś, kto opuszcza własny kraj, aby się osiedlić w innym.
Emigrację, w odróżnieniu od chwilowej nieobecności w kraju, definiuje intencja. Intencja, czyli zamiar osiedlenia się gdzieś indziej. Osiedlenia, to znaczy zapuszczenia dłuższych lub krótszych korzeni, na resztę życia albo poważną jego część.
Jeśli intencja emigracji ulega z czasem zmianie, a emigrant wraca do kraju, który był opuścił, to mamy do czynienia ze zjawiskiem znanym socjologii i demografii jako migracja powrotna. Wszystko to każdemu wydaje się dosyć oczywiste. Right?
Wrong. Każdemu z wyjątkiem Głównego Urzędu Statystycznego. GUS wynalazł pojęcie"czasowy emigrant", nie bacząc, że rozsądek szepce do ucha, że albo czasowy, albo emigrant. Według stanowiska GUS (streszczonego w zeszłym roku przez "Politykę" w numerze 8/2006, artykuł "Emigracja 2006"), w polskiej ewidencji ludności znajduje się około 1,4 miliona"czasowych emigrantów".
Do "czasowych emigrantów" GUS zalicza między innymi osoby mieszkające za granicą "od 12 lat lub dłużej". Nic nie szkodzi, że tzw. zdrowy chłopski rozsądek podsuwa, że o ile kogoś w Polsce nie ma od 12 lub więcej lat, to zapewne już go nie będzie, a jako emigrant taki osobnik jest emigrantem całkiem zwykłym, nie "czasowym", ponieważ wątpliwym jest, by do Polski miał powrócić rychło lub w ogóle.
Do "czasowych emigrantów" GUS zalicza każdego, kto wyjeżdżając z Polski, by do niej więcej nie wrócić, nie wymeldował się z adresu stałego zamieszkania. Również każdego, kto przed wyjazdem wymeldował się z adresu stałego zamieszkania, a następnie "zameldował się na pobyt stały za granicą". No i jeszcze każdego, kto podczas spisu powszechnego był nieobecny pod swoim adresem zameldowania, a obecni tam członkowie rodziny nieopatrznie puścili parę o tym, że osobnik poszukiwany przez rachmistrzów spisowych stale mieszka za granicą.
Definicje GUS mają w sobie wiele uroku. Dla GUS "czasowym emigrantem" jest na przykład każdy zbieg z PRL z lat 1980-89 (według IPN, wyjechało w tych latach ponad milion osób), który nie wymeldował się był z adresu stałego zamieszkania, czyli nie doniósł PRL-owskiej milicji, że za dwa tygodnie ucieka z kraju.
Taki osobnik, w myśl doktryny statystycznej GUS, ani nigdzie nie zbiegł, ani nigdy Polski na dobre nie opuścił. Jest "czasowym emigrantem" czyli, zdaniem GUS, stałym mieszkańcem Polski, który za granicą przebywa tylko chwilowo.
Nikogo nie interesuje, że emigrant w takiej sytuacji często jest od dawna zasymilowanym, zintegrowanym i naturalizowanym obywatelem USA, Australii, Kanady lub jednego z państw Europy Zachodniej. Założył tam rodzinę, ma dzieci, pracuje, ma dom, noga jego w Polsce nie postała od 25 lat i postać nie ma zamiaru, z ewentualnym wyjatkiem krótkich wizyt u rodziny. Dla GUS to jest nadal stały mieszkaniec RP, przebywający tymczasowo za granicą, "czasowy emigrant".
Zdaniem GUS, jeżeli przed udaniem się na emigrację (czyli, w ówczesnych realiach, przed ucieczką z PRL) nie wymeldowałem się z mojego polskiego adresu, to w ponad 25 lat póżniej wcale nie jestem Australijczykiem polskiego pochodzenia, ale tylko mi się tak roi. Naprawdę jestem, według tego urzędu, Polakiem stale zamieszkałym w Polsce i chwilowo przebywającym w Australii.
Na szczęście, te feudalne brednie urzędu statystycznego mojego byłego kraju, Rzeczpospolitej Polskiej, d. PRL, który w imię ciągłości historycznej PRL-RP chciałby dalej mnie uważać za własność państwa, pozostają bez wpływu na mój status w moim obecnym kraju - Australii, której obywatelstwo mam przyjemność posiadać, z własnej woli, od lat dobrze ponad dwudziestu.
Jak wiele innych polskich urzędów, GUS ma opanowaną do perfekcji umiejętność znaną ludowi polskiemu jako rżnięcie głupa. GUS podobno ani nie wie, ani nawet się nie domyśla, dlaczego zbieg z PRL na ogół nie wymeldowywał się ze swojego stałego adresu w Polsce; GUS udaje, że nie wie, że zamierzona emigracja wymeldowanego z PRL kończyłaby się w takim wypadku nie za oceanem, tylko na bramce Wojsk Ochrony Pogranicza na Okęciu.
Jeszcze śliczniejszy jest zaściankowy koncept "czasowego emigranta", który najpierw wymeldował się z adresu stałego zamieszkania w Polsce, a następnie sprężyście "zameldował się na pobyt stały za granicą". Komu i w jaki sposób miałbym się "zameldować na pobyt stały" w Australii, gdzie pojęcie meldunku jest nieznane? A następnie zapewne zameldować Polsce, że właśnie się na drugim końcu świata zameldowałem? Graj, piękny Cyganie...
Polskie przepisy meldunkowe obowiązują w jurysdykcji terytorialnej RP i nigdzie indziej. Ambicje polskich urzędników, by tą jurysdykcję rozciągnąć na cały znany nauce wszechświat, ja mam głęboko gdzieś. GUS-owi wyraźnie nie mieści się w głowie, że może istnieć państwo mało zainteresowane tym, gdzie kto mieszka. Śmiech pusty.
Dla niezorientowanych - pomysł, by obywatel po każdej zmianie adresu pod groźbą grzywny miał zaraz posłusznie meldować państwu, gdzie teraz mieszka, jest od zawsze uważany w Australii za tyleż dziwaczną, co kosztowną i zbyteczną ekstrawagancję. Pomimo nieistnienia dowodów i meldunków, australijska policja jakoś znajduje, kogo potrzebuje znaleźć. Nikogo nie zdumiewa, jeśli nad ustaleniem adresu poszukiwanego policja musi trochę popracować. Państwo tutejsze ani się od braku dowodów i meldunków nie rozleciało, ani niebo nie runęło jego urzędnikom na głowę.
Jako przysiegły cynik, zastanawiam się, czy groteskowa koncepcja "czasowego emigranta" oraz niechęć do spojrzenia w oczy faktom i wykreślenia z polskiej ewidencji ludności 1 400 000 osób, których w Polsce dawno nie ma, bo wyemigrowały, i nie będzie, bo już nie wrócą, mogą być związane z pobieraniem przez Polskę subwencji Unii Europejskiej na te osoby?
Lub ze sztucznym zawyżaniem liczby ludności RP dla potrzeb obliczania względnej siły głosu Polski w organach Unii Europejskiej (PMV - proportional majority vote), jaka może być w przyszłości częściowo zależna od liczby ludności?
Jeśli Polska rzeczywiście wlicza sobie do ogólnej liczby ludności kraju 1,4 mln. emigracyjnych "martwych dusz", których w kraju nie ma i nie będzie - oraz ich dzieci urodzone i stale zamieszkałe za granicą, które RP na podstawie polskiego prawa automatycznie zalicza do swoich obywateli, bez pytania kogokolwiek o zdanie - i na podstawie tej liczby oblicza należne subwencje UE dla Polski z funduszów strukturalnych Unii, to moglibyśmy mieć do czynienia, po raz pierwszy w historii Unii, z oszustwem finansowym na szkodę UE świadomie dokonywanym przez państwo członkowskie.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)