Od czasu katastrofy smoleńskiej myślałem, że już żadne doniesienia krajowe mną nie wstrząsną, ale poseł Migalski bez wysiłku udowodnił, że się myliłem.
"Dzisiaj rano dowiedziałem się, że głosowałem za ACTA. Serio. I nie mam zamiaru się tego wypierać. Czy wiedziałem, za czym głosuję? Nie. Czy zawsze wiem, za czym głosuję? Rzadko. Czy inni posłowie i europosłowie wiedzą więcej? Nie"
Poseł zblazowanym tonem objaśnił, że głosował za ratyfikacją ACTA nie fatygując się, by przedtem się poinformować, za czym właściwie głosuje. Bo i po co, dodatkowej diety w euro za to nie płacą. Poseł Migalski przystępnie objaśnił, że nic w tym złego, bo zarówno on sam, jak i 90% jego współparlamentarzystów tak mają, że zawsze głosują w ten właśnie sposób za 90% takich projektów ustawodawczych jakie im się miłościwie do głosowania podsuwa. Kto by tam je wszystkie czytał - od czytania, jak powszechnie wiadomo, głowa boli.
Posła Migalskiego nie należy tarzać w smole, pierzu i tłuczonym szkle, ponieważ niechcący odegrał pozytywną role społeczną. Mianowicie zlikwidował raz na zawsze szkodliwą iluzję, że Polska to jest takie zwykłe, zupełnie normalne państwo jak każde inne, zwyczajna demokracja zachodnia, godna zasiadać po prawicy wszystkich innych, a parlamentarzyści pracują całkiem tak samo jak w każdym innym Riksdag, Storting czy Oireachtas.
Powiało wiatrem znad mongolskich stepów albo południowoamerykańskich pampasów (pomimo zapachu, nie mylić z pampersami). W tle słychać nadciągający tętent małych kudłatych koni i świst nahajki. Dzięki posłowi Migalskiemu wiemy, że Polski już nie ma, a zajmująca jej dawniejsze terytorium Polanezja jest republiką bananową. Bez bananów co prawda, ale za to z okupacją państwa przez półmilionową kastę niedouczonych urzędników, której głównym zajęciem jest trzymanie populacji za mordę, żeby się nie zbuntowała i nie zlikwidowala im opłacanych z publicznej kasy stanowisk picia kawy i żarcia buły.
Ostatnia ucieczka polskiego kołtuna, dziennikarskiego cyngla, ministerialnego niedorzecznika i telewizyjnego dezinformatora, deklaracja że "przecież wszędzie jest tak samo", nie wytrzymuje próby życia. Dosyć Polaków mieszka dziś poza Polską, żeby samemu wiedzieć i wszystkim znajomym powtórzyć, że wcale nie wszędzie jest tak samo, zaś oni między innymi właśnie dlatego wyjechali z Polski, że nie jest.
Ci, którzy wyjechali, czytają teraz w sieci pogróżki jakie polanezyjski rząd wrzuca do polanezyjskiej prasy, jak to rząd Polanezji zmusi wszystkie państwa świata do zawarcia z nią korzystnych dla Polanezji umów dwustronnych, w ramach których dojdzie do ujawnienia polanezyjskiej skarbówce wszystkich danych z rachunków bankowych każdego, kto się w ciągu ostatnich 500 lat o polanezyjski plemnik otarł. A jak nie, to Polanezja wypowie wojnę Wyspom Kajmana albo Wyspom Dziewiczym, a może nawet obu naraz.
Jak Polanezja już wydrze wrogom te dane, to się policzy się z tymii renegatami, którzy zamiast Polanezji w zębach przynosić podatki, nieważne czy należne - nie tylko ich nie przynoszą, ale jeszcze ośmielają się mieć rachunki bieżące tam, gdzie faktycznie mieszkają i pracują, zamiast gotówkę zakopywać w garnku pod palmą, jaka odbija fiskusowi Polanezji, a współrzędne GPS wysyłać listem poleconym do Urzędu Skarbowego w ostatnim miejscu zameldowania.
Nominalny obywatel Polanezji zamieszkały od Norwegii po Tasmanię czyta te brednie, po raz kolejny utwierdza się w przeświadczeniu, że słusznie postąpił decydując już jakiś czas temu, że jego noga więcej na polanezyjskich wyspach absurdu nie postanie, i sprawdza w kalendarzu ile mu zostało do najwcześniejszej możliwej daty naturalizacji, czyli awansu społecznego z poddanego Polanezji na obywatela normalnego państwa.
Na walkę z odwagą rozpaczy przeciw mózgów rozmiękczeniu w Polanezji, pociąganej przez pi-arowe sznurki przytwierdzone do poddanych, jest już za późno.
Kto może, niech emigruje.
Kto nie może, niech sprzeda komputer, z którego niedługo i tak nie będzie miał pożytku, i kupi cukru na zapas.


Komentarze
Pokaż komentarze (43)