
We wczesnej fazie kampanii wyborczej okazuje się u was, że wiele wskazuje na to, że partia polityczna urzędującego premiera przez wiele lat brała gotówkę z zagranicy. Czynu takiego kategorycznie zakazuje polska ustawa o partiach politycznych, a fundusze uzyskane w taki sposób ulegają przepadkowi na rzecz skarbu państwa.
I co?
I zasadniczo psińco, czyli g… . Nikt nie wszczyna śledztwa, nikt nie przesłuchuje osób posiadających w tej kwestii wiedzę, żaden prokurator, podobno całkowicie niezależny od rządu, nie występuje na konferencji prasowej, nikt nie zajmuje majątku partii rządzącej na pokrycie ewentualnych roszczeń skarbu państwa, nikt nie rezygnuje z urzędu w niesławie.
Znaczy, czy prawo w ogóle służy u was jakimś celom poza ornamentalnymi? A jak nie, to w ogóle na cholerę macie te kilometry półek z ustawami?
To ja już zdecydowanie wolę swój kraj, w którym niedawno premier stanowy Nowej Południowej Walii, niejaki Barry O’Farrell, zrezygnował w pół godziny po tym, jak okazało się przy okazji dochodzenia antykorupcyjnego w zupełnie innej sprawie, że premier, występujący w tej sprawie jako świadek, przyjął był butelkę kosztownego wina Penfolds Grange Hermitage, rocznik 1959, od businessmana mającego nadzieję robić interesy z rządem stanowym.
Dlaczego piszę “swój kraj”, choc dotąd spędziłem tu tylko nieco ponad połowę życia?
Czy to nie oczywiste? Róbcie tak dalej, jak teraz robicie, i zamiast przestrzegać wlasnego prawa dalej wydawajcie okrzyki "oj tam, oj tam!", a coraz mniej osób będzie chciało mieć z wami cokolwiek do czynienia.
Państwo, którego władze uważają, że posiadają immunitet od własnego prawa, jest totalitarnym bantustanem.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)