Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
14 obserwujących
40 notek
65k odsłon
  1282   3

"W drugije obłasti SSSR" ........ *

Grafika YanH, foto źródło: domena publiczna
Grafika YanH, foto źródło: domena publiczna
Ta historia jest inna a jednak boleśnie i uderzająco taka sama. Mija właśnie równo osiemdziesiąt lat od tamtych zdarzeń i kiedy myśleliśmy, że zło już na zawsze zostało pogrzebane na śmietniku historii, ono znów wystawiło swój paskudny łeb. I rośnie w siłę. A historia się powtarza: znów jadą na wschód, "w drugije obłasti SSSR", wioząc wrogów ludu - starców, dzieci i kobiety. Przecież to już było i już więcej miało nie być. Przeczytajcie.

Matka Marii Wysoczańskiej, żona przedwojennego oficera Wojska Polskiego, rozstrzelanego w Charkowie, w kwietniu 1940 r. stanęła przed nie lada dylematem. Jakby nie dość było tych wszystkich upokorzeń i dramatów, absurdów i ograniczeń, jakby nie dość było życia, w którym nagle pozostała sama w swoim wielkim, "pańskim" domu w Lidzie, mając za towarzystwo jedynie kilkuletnie dziecko oraz dwóch, dokwaterowanych z nakazu administracyjnego oficerów NKWD. Pierwszy z nich był typowym sowieckim sołdatem, prostym i upiornie brudnym chamem, niewiarygodnym wręcz burakiem, który walił się w zabłoconych buciorach do wykrochmalonej pościeli, szczał po kątach, bo nie umiał inaczej i nawet na śniadanie przychodził z naładowanym pistoletem, który kładł obok miski z jajkami. Drugi był jego przeciwieństwem : uczesany, ogolony i uśmiechnięty, niemal cywilizowany żołnierz, zawsze mówiący głosem niewiele głośniejszym od szeptu i nigdy tego głosu nie podnoszący. W swoich wypucowanych oficerkach i czyściutkim mundurze wyglądałby prawie, jak człowiek ... gdyby nie te paskudne, malinowe patki na pagonach, w niczym nie przypominające jakiejkolwiek szarży jakiegokolwiek cywilizowanego wojska, wzbudzające jednak od razu strach i posłuszeństwo. Nigdy jednak nie dał jej odczuć, że powinna się go bać ani być posłuszna. Odczuwała w związku z tym jakiś dyskomfort, ale też rodzaj limitowanego odpuszczenia : w końcu, jako żona wroga ludu, skazanego chyba i wywiezionego gdzieś hen, daleko, nie mogła liczyć na żadną taryfę ulgową. To właśnie jednak ten, czysty i cywilizowany człowiek radziecki postawił ją przed dylematem, o jakim nie śniła w swoich najgorszych koszmarach. Po śniadaniu odczekał chwilę, aż oddali się jego cuchnący wczorajszą, suto zaprawioną kolacją i całkiem świeżymi rzygowinami towarzysz, po czym poprosił o krótką rozmowę na osobności. Maria zapamiętała każdy przecinek, każdą pauzę i każde drgnięcie głosu matki, która opowiedziała jej tę historię wiele lat po zakończeniu wojny, która zniszczyła cały świat.

Enkawudzista przeszedł z marszu do sedna sprawy.

- Będą was wywozić. Rozkaz już podpisany, nie ma odwrotu. To już nie kwestia tygodni, lecz dni.

Kobieta zamknęła oczy i westchnęła głęboko. Raczej z ulgą niż z przerażeniem. Przecież spodziewała się tego; czego zresztą miała spodziewać się jako żona osławionego wrogu ludu ? Sowieci, od kiedy się tu pojawili, stosowali odpowiedzialność zbiorową, nawet jeśli przestępstwo popełnione przez domniemanego winowajcę było równie rzeczywiste, co schody do nieba. Szafowali też bez umiaru wyrokami : dziesięć lat, dwadzieścia, dwadzieścia pięć, przełamywali bariery i łamali życia. Pamiętała też, co działo się dwa miesiące temu, w lutym, w tym zimnym lutym, najzimniejszym od lat. W piątek na ulicach było jeszcze sporo ludzi, zaś w sobotę już ich nie było. Nie było ich również w niedzielę ani w poniedziałek - więcej się nie pojawili a ulica zamilkła. Informacje przekazywane szeptem były przerażające - tak działo się ponoć już na całych Kresach, a nie tylko tutaj, w Lidzie. W jedną noc zwieźli tych wszystkich ludzi na perony, załadowali do wagonów i wysłali Bóg wie gdzie. A może tylko Stalin wie gdzie. Tak, spodziewała się tego i - wbrew logice - odetchnęła z ulgą. Lepsza ta koszmarna pewność niż zawieszone w próżni czekanie. Kolejne słowa sowieckiego oficera zamąciły tę pozorną ulgę.

- Jest sposób, jutro wyjdziesz za mnie, zarejestrujemy się w urzędzie. To nie rozkaz, to propozycja. Nic od ciebie nie chcę, nic się nie zmieni. Nawet cię nie dotknę. Jako żona radzieckiego oficera, i to z mojej formacji, będziesz bezpieczna. I Marysia też. Nikt nie będzie pamiętał już o twoim wrogu ludu ani o tych wszystkich sprawach, staniesz się niewidzialna. Tu już nigdy nie wróci twoja Polska i twój żołnierz też tu nie wróci. - tu zrobił pauzę, może dla efektu, może był naprawdę przejęty, jednak grymas na jego twarzy wyglądał na szczery. – Ja wiem, że on nie wróci. I ja nie wrócę, zaraz wyślą mnie na front, stamtąd już nie ma powrotu ...

Kobieta stała, jak porażona. Koszmar miał dopiero się zacząć, ona jednak czuła, jakby cały jej świat runął w jednej chwili na ziemię po to, żeby nigdy się z niej nie podnieść.

- Jestem żoną polskiego oficera ... - zaczęła. Rosjanin przerwał gwałtownie.

- Ratuj Marysię. - powiedział. Zaczerpnęła głęboko tchu.

- Jestem żoną polskiego oficera. - powtórzyła dobitnie. - Mój mąż jest jeńcem wojennym i przebywa w radzieckim obozie jenieckim. Kiedy skończy się wojna, wróci do mnie i do Marysi. Ta dyskusja jest skończona, dziękuję za propozycję ale w żadnym wypadku jej nie przyjmę. Proszę mnie więcej nie obrażać.

Trzy dni później, 13 kwietnia 1940 r. siedziała na zimnej, drewnianej podłodze prymitywnego wagonu. Marysia - o dziwo - usnęła, mimo że od kilku godzin nie miała nic w ustach; dobrze chociaż, że nie było jej zimno. Wagon wypchany był po brzegi dziesiątkami ludzi, którzy, tak jak one, obudzeni zostali gwałtownym łomotaniem do drzwi o bladym świcie i wywleczeni przez krzepkich żołnierzy z cieplutkich i bezpiecznych łóżek. Niektórzy z tych ludzi siedzieli na jakichś workach, walizkach i pakunkach - widać pomyśleli lub przygotowali się zawczasu. Ona nie miała nic. Poza zdjęciem Michała, który uśmiechał się butnie w swoim galowym, wyjściowym mundurze, śpiącą Marysią oraz grubym kocem i bochenkiem przyschniętego chleba, które wcisnęli jej jacyś obcy ludzi, była zupełnie odarta z dotychczasowej rzeczywistości. Nie wzięła nawet szczotki, którą czesała swoje długie włosy. Nic nie wzięła. Straciła głowę i zaczęła krzyczeć, przestała dopiero tutaj, w wagonie, pośród obcych, równie przerażonych ludzi i miarowego stukania obojętnych kół. Marysia lekko posapywała przez nos - znowu ma katar. Kobieta zamknęła oczy. Z modlitwy też jednak nic nie wyszło.

Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura