Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
14 obserwujących
40 notek
65k odsłon
  2390   7

Dziura po Imperium czyli Ruscy wymierają - cz. I

Miłka z Katerburga, fot YanH
Miłka z Katerburga, fot YanH
1992: retrospekcja i niedługie wprowadzenie

Po ulicach, przeraźliwie szarych i tak samo brudnych poruszają się niemrawo przeraźliwie szare i tak samo brudne, powgniatane z każdej strony, wynalazki motoryzacyjne o sowieckiej proweniencji, zwane tu samochodami – nie wiadomo w sumie czemu. Łady, Moskwicze, Wołgi, czasem nieco nowsze Tavrje. Szare ptaki na kolejnych szarych placach, upuszczają szare bombki na bezlistne drzewa i spieszących dokądś ludzi. Jesień wita Lwów na szaro. Szare są chodniki, ludzie, psy, tramwaje, żule w bramach i witryny sklepów. Nawet te papachy, wielkie i futrzaste, też są zwykle szare. Wszystko jest cholernie szare. Kończy się dziewięćdziesiąty drugi, pierwszy rok niepodległości. Chwilę temu z hukiem poległ Sojuz, który tak jak tysiącletnia Rzesza trwać miał po kres czasu – niezależna Ukraina chyba jeszcze niespecjalnie umie w to uwierzyć. W końcu pucz moskiewski, zwany także puczem Janajewa wstrząsnął Rosją ledwie rok z groszami temu – a jeżeli coś potrząsa Rosją, w równoległy, zsynchronizowany z czasem w Moskwie dygot wpada także Ukraina. Wiele zresztą tam nie brakowało aby już w zarodku zdusić ukraińską niepodległość, młodszą raptem o trzy dni od czołgów na ulicach Moskwy. Raczkujące państwo ukraińskie zadziałało wówczas błyskawicznie, odcinając się od Kremla i wybrało własną drogę. Wszystko jednak było tymczasowe, chwiejne i niepewne. Wprawdzie pucz zakończył się porażką komunistów a tym samym symboliczną, ostateczną kraksą Związku Radzieckiego, jednak wtedy nikt nie podejrzewał, że ciemiężca właśnie pada. Nic nie zwiastowało również aby stan ten miał być trwały. Ogłoszono wprawdzie niepodległość i proklamowano niezależną Ukrainę, jednak ukraińskie parki i ulice miały na ten temat swoje własne zdanie. Spodziewano się rychłego krachu młodziutkiego państwa i powrotu do sowieckich norm i reguł. Wielu na to wręcz czekało – Ukraina w tamtym czasie była w stanie agonalnym tuż po narodzeniu. Już od końca lat osiemdziesiątych naród żył w postępującej nędzy, obstawiając targi i bazary w Polsce by zarobić chociaż parę groszy, pieniądz w gruncie rzeczy upadł aż na samo dno i nic nie wskazywało na to, że się kiedykolwiek odbuduje zaś na drogach i w urzędach zapanował najzwyklejszy reket – każdy brał łapówki, zwane tu wziatkami, łupiąc bez litości współobywateli. W tych okolicznościach powrót do ruskiego miru i porządku mógł wydawać się co najmniej atrakcyjny. Pucz moskiewski zachwiał podstawami powstającej nowej Ukrainy ale jednak jej nie zabił. W Moskwie rozbił się o chodnik na Łubiance kat Dzierżyński, rozpędzono partię a na tronie usiadł dotąd komunista a dziś demokrata Jelcyn, zastępując komunistę Gorbaczowa. Zaś kolejne lata pokazały, że rosyjska transformacja wraz z pozorem demokracji i wolności, dała Rosji biedę i potworny burdel, który już w połowie lat dziewięćdziesiątych doprowadził ją na skraj upadku. W takiej sytuacji coraz rzadziej trzeźwiejący Jelcyn miał na głowie inne rzeczy niż wyrosła mu za miedzą niepodległa Ukraina.

 Teraz jednak jest dziewięćdziesiąty drugi, Ukraina zaś za wodę, elektryczność i lekarstwa płaci kuponami, które zastąpiły rubla – hrywna jeszcze się nie urodziła. Lwów już nie jest całkiem ładnym miastem na zadupiu, położonym hen, gdzieś na zachodnich krańcach Związku Radzieckiego a istotnym punktem niezależnej czyli Samostijnej Ukrainy. Dla Polaka, który miał okazję być we Lwowie w tamtym niespokojnym roku, obie definicje są kompletnym nieporozumieniem. Pierwszej, z przyczyn oczywistych, sięgających końca lat trzydziestych, nie zaakceptował. Drugą – co pokażą nadchodzące lata – z trudem, zgrzytem zębów i przekleństwem w ustach uznać będzie musiał, psiocząc jednak przy okazji na niebiesko – żółte flagi i tryzuby, których rzeczywiście wszędzie są tysiące. Teraz jednak nie ma jeszcze mowy o współpracy ponad podziałami, nie ma mowy o tzw. polityce wschodniej, zaś pojęcie wspólny rynek obejmować może co najwyżej zwykły bazar gdzieś w Przemyślu albo Tomaszowie, gdzie pod gołym niebem, solidarnie, stoi ramię w ramię Polak z Ukraińcem. Janek z Saszą, Tania z Katarzyną, Wacek z Wasilijem, który szybko zyska swojsko brzmiące miano Waśki. Przyjdzie dzień, gdy wszyscy oni wniosą wkład w budowę świadomego (i najedzonego) społeczeństwa, teraz jednak stoją i handlują od bladego świtu, zarabiając na przeżycie kolejnego dnia, tygodnia czy miesiąca. A gdy pójdą już klienci a nad bazar przyjdzie księżyc, można będzie wreszcie zjeść kanapkę czy cokolwiek i pogadać. Wacek z Waśką uśmiechają się znacząco – jeszcze tylko co najwyżej dwie godziny i wyczekiwany fajrant. Wacek na straganie poustawiał jajka, trochę warzyw i przetwory od teściowej, Waśka – pełne spektrum sowieckiego śmiecia „zdiełanego w Związku”: od Zenitów po nowiutkie gąsienice czołgu (tak przynajmniej twierdzi bo gąsienic nie ma na widoku), od maszynki do mielenia mięsa po biustonosz, o rozmiarach i urodzie a zapewne też funkcjonalności impregnowanego spadochronu. Polki tego nie kupują, nie ma przecież możliwości, by normalna babka miała tak niewiarygodnie wielkie cyce. Waśka uspokaja : nasze też nie mają bo nikt takich nie ma. Jednak spadochrony wytwarzano tylko w tym formacie a wiadomo nie od dzisiaj, że ten który musi – nie wybiera. Polskie elegantki biorą w ręce spadochrony i odchodzą zniesmaczone. To już lepiej bez stanika. Waśka dziś nie zrobił interesu, zwija zatem spadochrony, gąsienice i maszynki do mielenia mięsa i pakuje wszystko do kraciastej, wielkiej torby, w którą mógłby schować nawet trzy prosiaki. Wacek sprzedał wszystkie jajka i przetwory, na straganie pozostało tylko trochę warzyw. Strasznie żal mu Waśki ze spadochronami, które okazały się niesprzedawalne, proponuje więc by obaj się napili wódki, zakupionej za przetwory od teściowej. Zagryzają niesprzedaną marcheweczką z wackowego kramu. Nad bazarem już całkiem ciemno gdy ruszają chwiejnie każdy w swoją stronę - rano znowu się spotkają na straganach. Albo nie spotkają bo Wasilij może być już w Austrii lub przynajmniej w Czechach, Wacek zaś w Londynie. Przypominam - mamy rok dziewięćdziesiąty drugi, wszystko zmienia się w szalonym tempie. A tymczasem, na otwartych już granicach, w dalszym ciągu stoją Frankensteiny o kamiennych licach w obrzydliwie szarym umundurowaniu ozdobionym czapką, która z powodzeniem mogłaby posłużyć jako lądowisko dla helikoptera. W centrum Lwowa nadal jeszcze straszy duch Lenina, wypinając się z pomnika gdzieś w kierunku miejsca, które okupował ongiś marmurowy król Sobieski i z którego go pewnego dnia repatriowano do Warszawy, później zaś do Gdańska. Lenin już niedługo pójdzie drogą Sobieskiego, z tym, że jego „repatriacja” nie zawiedzie go z powrotem do ojczyzny lecz na śmietnik, tam gdzie jego prawowite miejsce.

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka