Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
8 obserwujących
17 notek
32k odsłony
2975 odsłon

Lwów 92

Pocztówka ze Lwowa, przed 1939
Pocztówka ze Lwowa, przed 1939
Wykop Skomentuj10

Po przeraźliwie szarych i brudnych ulicach poruszają się niemrawo przeraźliwie szare i brudne wynalazki sowieckiej myśli technicznej, zwane tu – nie wiedzieć dlaczego – samochodami. Szare gołąbki na kolejnych szarych placach, zrzucają szare bombki na szare, łyse drzewa. Jest jesień, pierwsza jesień niezależnej Ukrainy. Szare są chodniki, ludzie, psy, tramwaje, szarzy i bez wyrazu są panowie pijacy i witryny sklepów a także wielkie futrzane papachy. Wszystko w zasadzie jest tak cholernie szare, że aż chce się wyć. I wyję. Kończy się listopad, rok dziewięćdziesiąty drugi. Chwilę temu z hukiem i łomotem, zarejestrowanym nawet przez odległe, arktyczne stacje, zawalił się niezwyciężony Sojuz, który tak, jak tysiącletnia Rzesza miał przecież trwać po wieki. Lwów zaś już nie jest prowincjonalnym miastem, położonym gdzieś hen, na zachodnich rubieżach sowieckiego imperium. Ani czarno-białym wspomnieniem tysięcy Polaków : jest teraz jednym z centralnych punktów wciąż rodzącej się w bólach Samostijnej Ukrainy, która żąda od międzynarodowej społeczności szacunku i uznania, nie dorobiła się jednak jeszcze swojej własnej waluty : za chleb, mleko czy pół litra wódki płaci się w sklepach tak zwanymi „kuponami”, wartymi tyle samo, co, nie przymierzając, tutejszy papier toaletowy. Transformacja a więc nowy start. Dla Polaka przebywającego w tamtych dniach we Lwowie jedna i druga (ta sowiecka i ta nowoukraińska) definicja opisywanego terytorium jest kompletnym nieporozumieniem. Pierwszej, z przyczyn oczywistych, nie zaakceptował przez pięćdziesiąt minionych lat. Drugą – co pokaże kolejne ćwierć wieku – z trudem, zgrzytem zębów i tłumionym przekleństwem, zaakceptować (a przynajmniej tolerować) będzie musiał. Teraz jednak nie ma jeszcze mowy o współpracy ponad podziałami, nie ma mowy o polityce ani geopolityce, wszystko jest płynne i niedopowiedziane. Nikt tu nie myśli więc teraz o traktatach, układach ani integracjach z czymkolwiek, zaś pojęcie „wspólny rynek” obejmować może co najwyżej zwykły bazar gdzieś w Przemyślu albo Tomaszowie, gdzie solidarnie, pod gołym niebem albo brezentową płachtą, stoi ramię w ramię Polak z Ukraińcem, Janek z Iwanem, Katarzyna z Tanią, Wacek z Wasilijem, który szybko zyska swojsko brzmiące miano Waśki. Pewnego dnia każdy z nich będzie miał być może swój wkład w budowanie świadomego (a przynajmniej najedzonego) społeczeństwa, teraz jednak stoją, handlują od bladego świtu i myślą tylko o jednym : żeby klienci poszli sobie wreszcie w cholerę. Bo gdy klienci pójdą sobie wreszcie w cholerę, można będzie wreszcie w spokoju zjeść kanapkę, hot-doga czy cokolwiek i pogadać. Wacek z Waśką puszczają do siebie oko – jeszcze tylko półtorej godziny, góra dwie. Pierwszy ma na straganie jajka, warzywa i przetwory teściowej, drugi – pełne spektrum towarów z etykietą „sdiełano w SSSR” : od aparatu „Zenit” po gąsienice czołgu, od lutownicy po straszny, przypominający impregnowany spadochron, biustonosz. Polki tego nie kupują, nie ma przecież możliwości, żeby normalna babka miała tak nieprawdopodobnie wielkie cyce. Waśka uspokaja : nasze też takich nie miały. Nikt takich nie ma. Jednak spadochrony robili tylko w takim formacie – skoro zaś innych nie dało się kupić, w coś trzeba było schować te cycki. Polskie elegantki AD 1992 odchodzą zniesmaczone. Bez stanika łuczsze. Waśka interesu, jak na razie, nie zrobił, zwija więc spadochrony i pakuje do kraciastej, celulozowej torby. Wacek sprzedał wszystkie jajka i przetwory, zostało mu parę warzyw. Szkoda mu Waśki z jego babskimi spadochronami, proponuje więc wódkę. Zagryzą ją marcheweczką. Nad bazarem z wolna zapada zmierzch.

Mamy zatem rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi. Na otwierających się z wolna granicach wciąż jeszcze urzędują kamiennolice, odczłowieczone Frankensteiny w obrzydliwie szarych (bez względu na kolor) mundurach, wzbogaconych czapką, która z powodzeniem mogłaby posłużyć jako lądowisko dla helikoptera dowolnej marki. Sam ich wygląd i wyraz twarzy sprawia, że rasowy przemytnik traci rezon, zaś przeciętny turysta, jakich ostatnio zaczęło się tu coraz więcej pojawiać, ma ochotę natychmiast zesrać się w majtki lub po prostu zwiać tak daleko, że nie będzie go widać. W centrum Lwowa wciąż jeszcze straszy Lenin, wypinając się spod płaszcza gdzieś w kierunku miejsca, które okupował (tu cudzysłów) ongiś marmurowy król Sobieski i z którego go pewnego dnia repatriowano (znów cudzysłów) do Warszawy, później zaś do Gdańska. Lenina zresztą czeka wkrótce taki sam, tułaczy los – jeszcze o tym nie wie - z tym, że jego „repatriacja” nie powiedzie go z powrotem do szumiącej brzozami ojczyzny, a na śmietnik historii. 

(…)

Szary zresztą jest nie tylko Lwów. Podczas kilku kolejnych dni będę miał okazję podziwiać słynny Poczajów (co z tego, że złote kopuły widać z odległości paru kilometrów, skoro wszystko na miejscu jest tu zakurzone i szare), Tarnopol (szary i upstrzony niezrozumiałą szachownicą bloków, pozbawiony jakiejkolwiek zieleni i logiki) czy sienkiewiczowski Zbaraż (przeraźliwie szary i biedny, z dumną ruiną franciszkańskiego kościoła w samym środku zdemolowanego miasteczka). Jeden z nielicznych kolorowych akcentów, jakie zapamiętałem z tamtej podróży to wściekle pomarańczowy język ognia. W drodze powrotnej do Lwowa stanął w płomieniach nasz autobus - nawiasem mówiąc bratniej, polskiej produkcji:  Autosan.

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości