Cóż, przyznaję, od kiedy przestałem się dobrze zapowiadać, z każdym kolejnym końcem roku, coraz trudniej przychodzi mi wykrzesanie z siebie optymizmu odpowiedniego dla pory. Może ma to jakiś związek z nieco krótszym oddechem, albo szadzią osadzającą się na głowie?
Pewnie one tonują euforię atakującą mnie zewsząd. A może to przez ten nieznośny rytuał noworocznych życzeń i zobowiązań ?
Bo prawdę powiedziawszy te życzenia, to niemal rutynowa kopia winszowań zaledwie ubiegłotygodniowych.
Nie jestem też aż takim naiwniakiem, aby samemu się oszukiwać, że od nowego roku przestanę magazynować skarpety pod fotelem, zrobię porządek na biurku, czy nie spalę czajnika, albo zacznę być milszy dla tej wrednej Stefaniakowej. Już wiem, że się nie da…
A być może ja się po prostu nazbyt pośpiesznie przyzwyczajam? Do roku także. Przecież w końcu mijający nie był aż taki zły. Po co go zmieniać? Następny może być gorszy.
Z czasem - wiadomo - jest, jak z górską rzeką, której nurt z biegiem nabiera tempa wodospadu – dopiero, co doszedł człowiek do siebie po zeszłorocznej eksplozji radości, a tu trzeba było gotować się na następną.
Zaś ja ostatnio, niczym udomowiony zwierz, intuicyjnie wyczuwam absurd celebrowania nieuchronnego… Najchętniej więc, w porę odliczeń i fajerwerków, pozwoliłbym się, jak on, zamknąć w łazience.
Niby ilość dni w roku nadal się zgadza, lecz ich treść przypomina ewolucję mieszanki wedlowskiej. To już nie są te same bajeczne pierroty. Dawną, przyzwoitą porcję słodkości wyparł przepych opakowania...
Zatem, niechajże Polina Siemionowna nas jeszcze troszkę poczaruje. Póki – z kłębkiem włóczki na kolanach i drutami w drżących palcach – w fotelu przy kominku nie okryje się pledem …
Chociaż z drugiej strony; zwróćcie uwagę na jej elfie uszy. Mimo tępego bólu głowy i suchości w gardle jakaś nadzieja jest...
Do siego roku!



Komentarze
Pokaż komentarze (30)