Zaskoczył mnie dzisiaj synek, już nie ociupinek, który od niedawna, od kiedy stał się dumnym korpo-szczurem, zatrważająco dużo energii, czasu oraz pieniędzy poświęca kompletowaniu garderoby. W ilości obuwia mógłby konkurować z samą panią redaktor Olejnik...
Skutkiem tego, jego wyjścia do robo stały się potworyczne; to koszula nie tak wyprasowana, to krawat niepasujący, a buty nie stroją. Tak dzień w dzień. Bez względu na piątkową swobodę stroju, co ją konsekwentnie bojkotował...
Rano zerkam; do pasa spoko, klasyczna elegancja, a wyżej... Pełna zgroza! T-shirt!
Nielicho zdziwiony rzucam, niby mimochodem; "nareszcie piątek? W końcu się przekonałeś?" Na co on, pyskaty po tacie; "akurat! Nie chodzi o to, że wolno, a to, że trzeba!". I odwraca się, a na wymiętej koszulce znak kotwicy. Ani dyskretny. Ani harmonijnie stonowany...
Zatem... Niechże sobie w telewizorze kręci nosem pani redaktor Paradowska. Że te koszulki w guście takie bardziej odpustowe są. Niechaj się pan redaktor Lis burzy w radio, że z tragedii Powstania robi się jarmark.
Walcie się krakowskie arbitry elegantiarum i esteci z Zielonej Góry! Bo mój chłopak wie jak się ubrać, to 4 pokolenie. Jak na nasze miasto, całkiem sporo….


Komentarze
Pokaż komentarze (12)