2 obserwujących
28 notek
12k odsłon
  368   2

Energetyka w drodze do polexitu?

Czy otrzeźwienie eurokratów może nastąpić tylko w przypadku jeśli brak energii elektrycznej miałby skutkować rzeczywistym i śmiertelnym zagrożeniem dla życia mieszkańców jakiegoś unijnego kraju? Takim zagrożeniem jakie opisał Marc Elsber w swoim bestselerze „Blackout? A może takim jakie obecnie rzeczywiście zagraża mieszkańcom Ukrainy?

Kwestie naszych relacji wewnątrz UE, a w szczególności próba oceny bilansu kosztów i korzyści zawsze budzą emocje, które przeważnie odzwierciedlają poglądy polityczne dyskutantów.

Merytorycznie też łatwo nie jest, bo jak bilansować jednocześnie obszary związane z edukacją, rolnictwem i polityką zagraniczną? Czy i jak otwarcie rynku wewnętrznego sumuje się z funduszami dla rolnictwa?

Ponieważ unijne „jabłka” i „gruszki” są tak różne, dyskusja, w najlepszy razie, grzęźnie w obszarze ogólników. Częściej jednak brnie w złośliwości lub inwektywy.

Dotychczasowa bezskuteczność ocen nie może jednak przekreślać kolejnych prób kwantyfikacji. Ucieczka od nich to nie dojrzałość, ale infantylizm.

Chcą go uniknąć, ale jednocześnie widząc faktyczne ograniczenia podsumowań totalnych chciałbym, dziś zaproponować próbę przeglądu „plusów dodatnich i ujemnych” dla jednego, jednak dzisiaj tak ważnego tylko podobszaru - bezpieczeństwa energetycznego.

Gospodarcze skutki agresji Rosji na Ukrainę, ale jeszcze bardziej widoczne rezultaty niszczenia ukraińskiej infrastruktury energetycznej zmuszają do ponownego przeanalizowania powiązań pomiędzy uznanymi trzema uwarunkowaniami polityki energetycznej: rynkiem-skutkami środowiskowymi i bezpieczeństwem.

O ile nikt formalnie nie podważa potrzeby zachowania równowagi celów w zdefiniowanym „trójkącie energetycznym” to jednak wydarzeń ostatnich lat nie można ocenić pozytywnie z punktu widzenia wkładu polityki unijnej do zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Przecież próba „okrążenia” nas podmorskimi rurociągami gazowymi to nie tylko agresja Rosji, ale także przyzwolenie, a raczej wręcz aktywna współpraca naszych unijnych sojuszników.

Tutaj nie mogą nas mylić wydarzenia ostatnich miesięcy. Odsunięcie, ale jeszcze nie likwidacja, zagrożenia trwałej utraty konkurencyjności, dopiero co powstającej, naszej energetyki opartej to nie rezultat strategicznych rozwiązań polityki unijnej , ale raczej skutek moralnego szantażu Polski zagrożonej wojną. Nord Stream chociaż częściowo zatopiony, wciąż jest w grze o serca i portfele unijnych inwestorów i stanowi realne zagrożenia dla Polski.

Ale nie chodzi tylko o wciąż tęskne spoglądanie Unii na tanie rosyjskie surowce energetyczne.

Poraża sam brak refleksji co do współdziałania niektórych elementów polityki unijnej ze skutkami agresji. Okołowojenna eksplozja cen surowców energetycznych jest wciąż widziana przez władze Unii w całkowitym oderwaniu od stosowanych narzędzi polityki energetyczno-klimatycznej takich jak np. system ETS.

W swoim założeniu miał on, stopniowo pogarszając ekonomikę wykorzystywania paliw kopalnych, zmuszać ekonomicznie przedsiębiorców do odchodzenia od spalania węgla na rzecz wykorzystania energii ze źródeł odnawialnych. Proces miał być stopniowy i przewidywalny, z „chwilowym przystankiem” na produkcję energii w jednostkach gazowych. W chwili uruchomienia systemu akceptowano trajektorię zmniejszania się dostępności pozwoleń emisyjnych, których cena, do czasu wyłączenia ostatnich europejskich elektrowni węglowych miała być praktycznie określana na podstawie parytetu zmiennych kosztów wytwarzania w elektrowniach węglowych i gazowych (tzw „fuel switching”).

W krótkim jednak czasie dodatkowe regulacje unijne zachwiały przewidywalnością i bezpieczeństwem systemu wprowadzając przyspieszone tempo zmniejszania się dostępności aukcyjnej pozwoleń tak w skali rocznej jak też poprzez skokowe zmniejszanie ilości pozwoleń będących już w obrocie.

Jak by było tego mało zwiększono ryzyko zmienności cen w wyniku dopuszczenie do obrotu pozwoleniami instytucji finansowych.

Nowe rozwiązania nie zostały skorygowane nie tylko w sytuacji gwałtownego wzrostu cen samych pozwoleń, ale także równie gwałtownego wzrostu kosztów wytwarzania energii jako skutku wzrostu cen paliw w wyniku wojny na Ukrainie.

Mimo, że przy obecnych cenach energii produkcja energii z OZE nie wymaga wsparcia za pośrednictwem cen pozwoleń emisyjnych to jednak nie podjęto żadnych kroków w celu zmniejszenia obciążeń związanych z systemem EU ETS, który w obecnej sytuacji pełni przede wszystkim rolę fiskalną wobec konsumentów energii, zwiększając problem ubóstwa energetycznego.

O ile w sytuacji wysokich cen paliw kopalnych koszt emisji CO2 nie stanowi już przysłowiowych 60% ogłaszanych przez wytwórców na początku b.r. to jednak obciążenie ceny energii w Polsce dodatkowymi kosztami na poziomie ok. 250 PLN/MWh jest dotkliwe.

Dotkliwości tej nie mogą zmniejszyć bzdurne dywagacje nt korzyści jakie odnosi państwo polskie ze sprzedaży aukcyjnej swojej puli pozwoleń.

Po pierwsze dlatego, że nabywcami pozwoleń są w ostatecznym rozrachunku obywatele tego samego państwa (poprzez zakup samej energii lub wytworzonych z jej wykorzystaniem produktów).

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale