42 obserwujących
238 notek
219k odsłon
  138   0

Czerowno-Czarni – 1961 Zawiercie

W Zawierciu działała szkoła zawodowa ucząca zawodów zdobnik i hutnik szkła. Szkoła, jak również sam internat, podlegały bardzo niefajnemu dyrektorowi, który nie lubił muzyki młodzieżowej. Twierdził, że prawdziwy artysta powinien występować w garniturze, koszuli i krawacie. Pewnego razu, przy obowiązkowym oglądaniu Dziennika Telewizyjnego, strasznie się wzburzył, gdy pojawiła się migawka właśnie z Czerwono-Czarnymi. Człowiek ten, zakotwiczony mentalnie gdzieś w czasach stalinizmu, nie był lubiany przez młodzież. O jego charakterze niech zaświadczy to, że z uporem maniaka poprawiał dane osobowe przy tworzeniu szkolnej dokumentacji. W tamtym czasie księża nie nadawali imienia Maria przy chrzcie, ale ów dyrektor nie uznawał tego – zgodnie ze swoją antykościelną postawą wszelkie szkolne papiery dotyczące Mariann czy Maryl nakazywał opatrywać imieniem Maria. Biorąc pod uwagę, że nie było wtedy PESELi, a świadectwo szkolne stanowiło podstawowy dokument przy zatrudnieniu – szkołę kończyło się przed otrzymaniem dowodu – samowola pana dyrektora utrudniła w przyszłości życie paru osobom, których dokumenty wykazywały niespójność co do imienia. Choćby w dokumentowaniu danych potrzebnych do naliczenia emerytury.

Po co piszę o tym wrednym osobniku? Żeby poczuć kontekst poniższej historii.

Większość uczennic mieszkających w internacie pochodziło ze wsi. Nauka w zawodówce szklarskiej dawała szansę na opuszczenie wsi i przeniesienie się do miasta. Dawała zawód. Tak, tak – kiedyś wykształcenie umożliwiało awans społeczny, co dziś, w coraz bardziej kastowiejącycm społeczeństwie, wydaje się pustym sloganem. Zostawmy tę dygresję, bo jednak notka jest o czymś innym. Jedna z uczennic – Hania (nazwiska tu nie wymieniam, bo przecież i tak nic wam nie powie) – pochodziła z pobliskiej miejscowości i miała narzeczonego, który mieszkał w Zawierciu. Spotykała się z nim często, co stanowiło raczej wyjątek a nie regułę. Jej koleżanki nie miały chłopaków – Zawiercie było w wielu przypadkach daleko oddalone od miejscowości z których pochodziły.

Gdy okazało się, że w Zawierciu mają grać Czerwono-Czarni, narzeczony Hanki zdobył dwa bilety. Kłopot jednak w tym, że Hanka nie mogła wyjść wieczorem do miasta. Nikt nie zezwoliłby jej, żeby udała się na koncert „chuliganów”, jak dyrektor nazywał muzyków niewystępujących w garniturach i krawatach. Ale mieć bilet i nie pójść? Coś trzeba wymyślić! Hania dogadała się, że koleżanki pomogą jej w ucieczce z internatu. Pomoc polegała na staniu na czatach i pilnowaniu czy droga jest wolna. Ustaliły, że chłopak Hanki będzie na nią czekał przy jednym z okien w piwnicy internatu. Pomogły też w wygramoleniu się przez okno.

Akcja „wyjście” nie była aż taka niebezpieczna, jak „powrót”. Tu było zdecydowanie trudniej, bo trzeba było nocą wyjść z pokoju, przejść do piwnicy, poczekać na Hankę, otworzyć jej okno i wciąż sprawdzać czy na horyzoncie nie pojawi się jakieś niebezpieczeństwo – na przykład w postaci dyrektora. Dziewczyny zdawały sobie sprawę, że gdyby zostały nakryte w krytycznym momencie, wyleciałyby ze szkoły. Ale nie od dziś wiadomo, że młodym ludziom zdarza się nagminnie lekceważyć rozmaite niebezpieczeństwa, więc Hanka mogła liczyć na pomoc.

Relacja Hanki była wstrząsająca. Opowieściom nie było końca. To było coś wielkiego. Publiczność oszalała, czego dowodem były fruwające marynary. Ten bardzo charakterystyczny sposób wyrażania entuzjazmu może się dziś wydawać staromodny, a może i śmieszny, ale wtedy był szczery i jak najbardziej „na czasie”. To, co zagrali było kompletnie inne niż muzyka, którą można było usłyszeć w radiu. Szalone, dzikie, szybkie i dynamiczne. Zespół rozgrzał publikę grając przede wszystkim anglojęzyczne rock'n'rolle.

* * *

W pierwszym roku swej działalności zespół założony przez Franka Walickiego przechodził ciągłe zmiany kadrowe. Skład zmieniał się z miesiąca na miesiąc. Ciężko więc dziś stwierdzić kto konkretnie wystąpił wtedy w Zawierciu. Jeśli chodzi o wokalistów, to na pewno na scenie pojawił się Michaj Burano (relacja Hanki); lokalizacja czasowa podpowiada, że towarzyszyli mu Marek Tarnowski i Michał Godlewski. Co grali? Zapewne m.in. kawałki z ich pierwszej płytki, którą notabene posiadam i ją tu prezentuję:

image

Dziś te piosenki nie brzmią ani rewolucyjnie, ani buntowniczo. Czerowno-Czarni z okresu 1961-62 jawią się jako cover band, niekoniecznie oryginalny. Wtedy jednak stanowili sobą rewelację. Na pewno był to szok estetyczny, podobny do tego jaki na początku lat 80-tych zafundowały nam zespoły rockowe. Byli zjawiskiem, dla którego nastolatki ryzykowały wyrzuceniem ze szkoły.

* * *

Choć prawdopodobieństwo, że główna bohaterka notki ją przeczyta, jest niewielkie, pozdrawiam panią Hannę, która dziś jest już bardzo dorosłą osobą. A do Czerwono-Czarnych wrócę w następnym odcinku.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale