13 obserwujących
79 notek
103k odsłony
  1315   8

Biznes w czasach covidu, biznes w czasach wojny. Okiem praktyka.

Niemcy, jak i prawie cała Europa, wprowadzają w marcu lockdown w zasadzie podobny do polskiego. Wszystko pozamykane, z handlu działają jedynie sklepy z żywnością, drogerie i apteki, a i te są obłożone drakońskimi obostrzeniami. Co dla nas okazuje się kluczowe – zamknięto wszystkie sklepy meblowe – Ikee, Knufmanny, Rollery itp. Praktycznie tymczasowo likwiduje nam się konkurencję.

Pierwsze oznaki szaleństwa, które wkrótce miało rozlać się na cały świat, ujrzeliśmy na targach meblowych w Poznaniu. Wtedy zobaczyliśmy ludzi w maskach. Byli to Chińczycy. Nikt ich tutaj nie lubił, łazili jak zwykle po stanowiskach wystawców i robili zdjęcia  – można było założyć, że co bardziej udane designersko modele będą chcieli umieścić na europejskim rynku, w gorszej jakości i po dumpingowych cenach. Już wtedy znaczyli mało w Europie, po krótkim okresie boomu chińszczyzny europejska jakość, solidność i krótsze terminy dostaw wyparły Azjatów z Europy. Niemniej nie ustawali w wysiłkach, by odzyskać stracone pozycje. Ale to tylko taka dygresja, których będzie pewno więcej w tym tekście.

A więc chodzili w tych maskach po targach, a my patrzyliśmy wtedy na nich jak na jakieś dziwadła. Nikt wtedy jeszcze nie spodziewał się, że i dla nas w bardzo niedługim czasie te cholerne maski staną się ponurą rzeczywistością.

Te targi meblowe w Poznaniu odbywały się jakoś pod koniec lutego 2020. Czwartego marca pojawił się w Polsce pierwszy pacjent ze zdiagnozowanym covidem, który przywlókł zarazę z Niemiec. Wkrótce potem zaczęło się na dobre.

Z racji tego, że mam GmbH zarejestrowaną w Niemczech, krążę ciągle między Mettmann i naszym polskim domem koło Częstochowy. Po targach pojechałem do Niemiec.

Zaraz potem w całej Europie wprowadzono lockdowny, w Polsce stało się to około połowy marca. Powoli pewnie zaciera się to w ludzkiej pamięci – zamknięte szkoły, sklepy, oprócz tych absolutnie niezbędnych do życia, zakaz spotkań, nakaz siedzenia w domu dla wszystkich. Zamknięte granice, dzienne sprawdzanie statystyk zarażonych i zmarłych. Zdjęcia kolumn samochodów, rzekomo wywożących ciała zmarłych z włoskiego Bergamo, które, zdaje się, okazały się w końcu fejkiem. I strach, w moim wypadku nie o siebie, tylko przede wszystkim o żonę – cierpi ona na poważną chorobę autoimmunologiczną i przyjmuje silne leki depczące jej odporność. Strach, że wirus ją zabije. Ale także strach o starszych członków rodziny, o mamę, o teściów, jak sie okazało, uzasadniony, bo teścia Covid w końcu skosił. Fakt, że zacny ten człowiek, emerytowany leśnik, dożył prawie 93 lat, ale przed epidemią był jeszcze w doskonałej kondycji i pożyłby sobie niewątpliwie dłużej.

Pomijając strach o zdrowie i życie bliskich, baliśmy sie, mój wspólnik i ja, o podstawy naszej egzystencji materialnej. Sprzedajemy polskie meble w Europie zachodniej, głównie na rynek niemiecki i głównie online. Dlatego odetchnęliśmy z ulgą, gdy 25 marca min. Kamiński ogłosił, że dla ruchu towarowego granice pozostana otwarte. Znaczyło to, że będziemy mogli nadal wozić nasze meble do Europy.

Niemcy, jak i prawie cała Europa, wprowadzają w marcu lockdown w zasadzie podobny do polskiego. Wszystko pozamykane, z handlu działają jedynie sklepy z żywnością, drogerie i apteki, a i te są obłożone drakońskimi obostrzeniami. Co dla nas okazuje się kluczowe – zamknięto wszystkie sklepy meblowe – Ikee, Knufmanny, Rollery itp. Praktycznie czasowo likwiduje nam się konkurencję.

 Zamknięci w czterech ścianach ludzie, bo wszędzie, gdzie to było możliwe, wprowadzono prace zdalną, zaczynają stwierdzać, że mieszkają w dziadostwie. Zachodzi chyba jakiś dziwny mechanizm psychologiczny - „nie mogę już patrzyć na te starą, zjechaną sofę”. Potem, jak już będą otwarte markety budowlane, na podobnej zasadzie nastąpi szaleństwo remontów i odnawiań mieszkań i domów.

A my obserwujemy wzrost obrotów. Na początku z radościa, ale potem zaczyna ogarniać nas strach. Przed zarazą, mieliśmy, w zależności od sezonu około 150 – 200 klientów na miesiąc. Oznaczało to od sześciu do ośmiu ciężarówek 7,5- tonówek miesięcznie, dostarczających nasze meble do klientów, łącznie z wniesieniem do domu. A tu nagle w ciągu miesiąca mamy 550 zamówień! Oznaczało to, że żeby dotrzymać terminów dostawy, musielibyśmy wysyłać miesięcznie 22 ciężarówki! Bo na jedno auto wchodzi przeciętnie około 25 klientów.

Jest to absolutnie niemozliwe. Spedycja, z którą współpracujemy nie wydobędzie spod ziemi tylu samochodów, nie mówiąc już o przeszkolonych załogach. Po krótkiej naradzie postanawiamy przerzucić ile się da na palety. Paleciarze, czyli spedycje jak Raben, Dachser czy Spedimex nie mają takich ograniczeń, przyjmą każdą ilość zleceń. Problem jest z klientami, bo oni wykupili usługę z wniesieniem. O dziwo, przeważnie nie protestują, gdy powiadamiamy ich, że dostawa będzie na palecie przed drzwi i że sami będą musieli wnieść sobie towar – przeważnie meble skrzynkowe, do poskładania, w kartonach – do domu. Oddajemy im po 20 euro i dobrze jest. Sypialnie, łóżka boxspring i polstery (sofy, narożniki) wozimy jednak po staremu, gdyż tego nie da się wozić na palecie, ze względu na gabaryty.

Lubię to! Skomentuj52 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka