Biedny minister Legutko. Ledwo co przyszedł do Ministerstwa Edukacji Narodowej, to zjednoczona jak nigdy hierarchia kościelna rzuciła mu się do gardła, żądając utrzymania pomysłu Romana Giertycha wliczania do średniej ocen z religii. Pomysł był typowym przykładem wazeliniarstwa polityka wobec Kościoła. Giertych mógł liczyć na przychylniejsze spojrzenie "mediów toruńskich" na swoją osobę, w zamian za wprowadzenie oceny religii do średniej ocen. Po co jednak taki manewr aspirującemu do wyborczego zwycięstwa PiS? Legutce nie pomogło to, że jest konserwatystą prawym chrześcijaninem wobec oporu takiej siły musiał ustąpić tym bardziej, że w sukurs biskupom poszedł sam wicepremier Gosiewski. Decyzja zapadła więc szybko (znajdźcie mi urząd, który podejmuje decyzję w sobotę!), a nowy minister szybko został postawiony do pionu.
Osobiście nie mam nic do nauczania religii w szkołach, choć uważam, że katechezy prowadzone w kościele są lepszym rozwiązaniem. Oczywiście nauczanie to nie jest wolne od wad. Poziom katechetów i księży jest często niski i niestety bardzo często odmawiają oni zwykłej rozmowy o duchowych problemach młodych ludzi w zamian oferując tylko zdrowaśki, Abba Ojcze, a ostatnio Barkę. Również alternatywne zajęcia z etyki są najczęściej fikcją z racji braku wykwalifikowanych nauczycieli. Wliczenie religii do średniej być może spowoduje wzrost zainteresowania tym przedmiotem (bo najczęściej z religii dostaje się dobre oceny), ale czy pójdzie za tym jakieś pogłębienie wiedzy na temat własnego wyznania-śmiem wątpić. Innym problemem będą kryteria oceniania poszczególnych uczniów. Jak bowiem ocenić zdolnego acz zadającego kłopotliwe pytania i wątpiącego w prawdy przekazywane przez nauczyciela Jasia? Czy postawić mu tróję czy piątkę? Jeśli piątkę, to co zrobić z głupim jak but Witkiem, który wątpliwości nie ma, wiedzy też, ale ładnie się modli? W dodatku jak wynika z dzisiejszego sondażu"Rzeczpospolitej" prawie 2/3 Polaków nie uważa wliczania oceny z religii do średniej za dobry pomysł. Są też inne bardziej przyziemne wątpliwości o których pisał red. K Leski.
Oczywiście dochodzą tutaj również kwestię związane z rozdziałem Państwa od Kościoła o którym mowa w konstytucji. Samo nauczanie religii w szkołach i opłacanie z państwowych pieniędzy nauczycieli religii jest mocno kontrowersyjne z tego punktu widzenia. Obecna wersja jest jednak pewną formą kompromisu-szkoła udostępnia miejsce Kościołowi do prowadzenia katechezy, ale jej wyniki nie mają żadnego wpływu na status ucznia. Wprowadzenie religii do średniej ocen zachwieje równowagą i może spowodować powrót wojny ideologicznej z początku lat 90. Najlepszym przykładem są działania SLD, który decyzję rządu zaskarży do TK i najprawdopodobniej tam wygra.
O ile mogę zrozumieć polityków chcących ugrać kilka % na mniej lub bardziej otwartym poparciu biskupów, to nie wiem co ma dać Kościołowi cała awantura o oceny z religii. Innymi słowy po co Kościół pcha się w tego rodzaju ideologiczne rozgrywki? Czy naprawdę chce powrotu do lat 90 i ożywienia słabego obecnie antyklerykalizmu? Czy Kościół nie ma własnych, poważniejszych problemów, jak Radio Maryja, niedokończona lustracja, spadająca liczba powołań, żenująco słaba znajomość własnej wiary przez ludzi podających się za chrześcijan, coraz gorsza frekwencja na mszach i pielgrzymkach?
W pełni zgadzam się ze zdaniem Rybitzkiego, że tego rodzaju działania w dłuższej perspektywie doprowadzą do poważnego kryzysu Kościoła Katolickiego w Polsce.



Komentarze
Pokaż komentarze